Choć zwyżka na amerykańskim parkiecie w dalszym ciągu wyraźnie zwalnia tempo, to jednak sprzedający nie mogą mocniej zaznaczyć swojej obecności. Sytuacja więc od dłuższego czasu pozostaje taka sama - mamy zestaw czynników zapowiadających pogorszenie notowań, które na razie przekładają się jedynie na stabilizację cen, a nie zniżkę. Trochę takie zachowanie jest uzasadnione. Napływające informacje nie do końca da się jednoznacznie interpretować. Taniejąca ropa to wsparcie dla wydatków konsumentów, mniejsza presja inflacyjna, ale i potwierdzenie zwalniania gospodarki. Podobnie było z wczorajszymi danymi o bilansie handlowym. W dużym stopniu dzięki taniejącym surowcom zmniejszył się trzeci miesiąc z rzędu, co nie zdarzyło się od blisko 6 lat. Ale niższe ceny ropy to również mniej petrodolarów w obiegu, a te w dużej części trafiały na amerykański rynek obligacji. Mniejszy popyt na papiery skarbowe może wywierać presję na ich rentowność, tym bardziej że presja inflacyjna na poziomie bazowego (pomijającego żywność i paliwa) koszyka dóbr wcale nie chce maleć. Spadek dochodowości długoterminowych obligacji w USA miał bardzo duże znaczenie dla trwającej przez drugą połowę 2006 r. zwyżki akcji. Podnosił atrakcyjność ich wycen w obliczu oczekiwanego spowolnienia tempa wzrostu zysków przedsiębiorstw. Zatem zwyżka dochodowości długoterminowych papierów skarbowych byłaby niekorzystna dla giełdy. Wczoraj rentowność 10-latek podniosła się o ponad 3 pkt bazowe, dochodząc do 4,69 proc. Pokonanie 4,71 proc. będzie zapowiadać dalszy wzrost.

Wyjście ponad ten poziom mógłby się stać impulsem do rozpoczęcia mocniejszego spadku przez S&P 500. Dobrym punktem do oceny siły amerykańskiej giełdy jest też 3-iesięczna średnia krocząca. Przebiega teraz przy 1394 pkt. Jej przełamanie wskazywałoby na rozstrzygnięcie sytuacji na korzyść podaży. Wtedy realny stałby się spadek o około 8 proc. od ostatniego szczytu, czyli do 1313 pkt. Mniej więcej 8-proc. zasięg miały fale zniżkowe w ostatnich 3 latach.