sesja powinna pozostawić po sobie pozytywne nastroje. Skoro udało się bykom wyciągnąć ceny z dużej przeceny, to można domniemywać, że rynek jest mocny. Jest jednak inaczej. Siła rynku nie była w rzeczywistości aż tak duża, jakby
na to wskazywał ruch cen. Zauważmy, że wzrost cen po 15.00 odbywał się w bardzo wolnym tempie i przy tak samo niskiej aktywności, jak w poprzednich częściach sesji, a przecież ostatnia godzina notowań jest zwykle dominującą pod względem zainteresowania graczy.
Inną sprawą jest wzrost rentowności obligacji w USA. Tym samym ponownie na czołówki analiz wysuwają się rozważania na temat atrakcyjności inwestycji w krajach o podwyższonym poziomie ryzyka w sytuacji, gdy rentowność inwestycji w krajach uważanych za bezpieczne wzrasta. Polska jest zaliczana do tej pierwszej grupy. Tym samym wzrost rentowności obligacji za oceanem może być czynnikiem wpływającym na zwiększenie zaangażowania w USA. To nie sprzyja lokowaniu kapitału w Polsce.
Z technicznego punktu widzenia wiele ten początkowy spadek cen oraz późniejsza zwyżka nie zmieniły. Nadal jesteśmy nad poziomami wsparcia, a tym samym nadal możliwa jest zwyżka do okolic szczytu hossy. Problemem tej sesji był niski obrót. Dopiero 20 minut przed 16.00 sięgnął on wartości 600 mln zł, a na koniec wyniósł 750 mln zł. Jak na ostatnie dni jest wartością mizerną. Wzrost przy niskiej aktywności nie daje podstaw do oczekiwania na kontynuację tego ruchu. Można więc przypuszczać, że to jeszcze nie koniec spadku cen. Być może przyjdzie nam jeszcze raz zbliżyć się do okolic wczorajszych dołków, a może nawet je nieznacznie pokonać. Wtedy popyt będzie miał kolejną szansę na uaktywnienie się. Będzie okazja wykazania się większym zaangażowaniem, co powinno zaowocować bardziej wiarygodnym oddaleniem się od wsparcia.