Sprawa zaginionych dokumentów w resorcie skarbu przypomina nieco opowieści z dreszczykiem. Jak wiadomo, w dobrym opowiadaniu grozy musi być duch. Konieczne są manifestacje obecności takiej istoty - czyli taki duch musi wyskoczyć z piwnicy i powiedzieć "Buuu!" albo rzucać widelcami - a na końcu trzeba to wszystko jakoś wyjaśnić. Czyli powiedzieć, co to za duch i z powodu jakiej zbrodni potępieniec czy też nieszczęśliwiec do tej pory straszy.

Na pierwszy rzut oka mamy podobną sytuację w resorcie skarbu - ano tajemniczo giną dokumenty, niektóre nawet ważne. Potem w równie niezwykły sposób odnajdują się. I nie wiadomo, kie licho te teczki z danymi o prywatyzacji podrzuca - krasnale czy inne bajkowe stwory? Różnica między opowiadaniem grozy a rzeczywistością w Skarbie Państwa polega na tym, że jak do tej pory nie wiadomo, co jest przyczyną znikania i pojawiania się rządowych papierów.

Ktoś powie, że jak nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze. Niby jasne, ale o jakie pieniądze? Za doradztwo przy prywatyzacji? Czy może takie, które te papiery mogą zapewnić przezornym kolekcjonerom (jak pokazuje obecna sytuacja, nigdy nie wiadomo, kiedy, jakie i na kogo potrzebne będą kwity).

A więc znowu niewiadoma, która w kanonie gatunku opowieści grozy się nie mieści. Za to jak najbardziej mieści się w rzeczywistości urzędniczej Rzeczypospolitych kolejnych numerów. I zapowiada się, że prędzej zmieni się po raz następny numeracja RP, nim wyjaśni się sprawa znikających dokumentów.