Nasz lokalny klimat miał ostatnio niewielkie znaczenie dla giełdowej aury. Dopiero w ostatnich dniach sytuacja się zmieniła, ale nie za sprawą np. doskonałych wyników gospodarki w II kwartale, lecz z powodu historii z gatunku płaszcza i szpady, tyle tylko, że z udziałem jednego z najpotężniejszych giełdowych inwestorów, a zarazem najbogatszych Polaków. Uznajmy to za swego rodzaju anomalię. Owszem, czynniki lokalne, takie jak np. nadspodziewanie wysoki wzrost PKB, bywają i powinny być bardzo ważne, ale w perspektywie najbliższych miesięcy nie one będą chyba miały kluczowy wpływ na nastroje naszych inwestorów. Niemożliwe? Pod koniec lat 90. nasz PKB też rósł szybko, a jednak nie to było najważniejsze... Dlatego, mimo że ich komentowanie jest wielką pokusą, zostawmy miejscowe warunki klimatyczne na boku.
Podczas niedawnego tąpnięcia na światowych giełdach wsłuchiwałem się z uwagą w głos komentatorów, by poznać ich ocenę sytuacji. Mimo że wędrowałem wówczas urlopowym szlakiem, szukałem stacji radiowych i telewizyjnych, które mogłyby zaspokoić głód informacji. Przed "szarym", bo przecież nie "czarnym" czwartkiem niewiele jednak można było usłyszeć o zbierającej się nad rynkami burzy, a i potem liczba i jakość komunikatów i komentarzy wołały o pomstę do nieba. To zresztą temat na osobny artykuł - dlaczego z uporem godnej lepszej sprawy powszechnie dostępne media wolą nas epatować informacjami np. o kolejnych taśmach prawdy czy niuansach gier politycznych albo wręcz wakacyjnych ogórkach, niż o tym, czym w danej chwili żyje cały świat i co ma wpływ ma portfele wielu społeczeństw, w tym milionów Polaków.
Ale mniejsza o to. Najbardziej zaskoczyła mnie w komentarzach teza, że większość inwestorów nie poniosła żadnych strat. W szczególności - że strat nie ponieśli właściciele jednostek funduszy inwestycyjnych, jeśli się z funduszy nie wycofali. Oczywiście, jest to nawet logiczne twierdzenie, pojęcie straty papierowej jest nam wszystkim przecież nieobce. Z drugiej strony jednak, zasady rachunkowości są chyba nieco inne, a przeszacowanie wartości aktywów jest jednym z istotnych czynników decydujących o wynikach finansowych, w tym inwestycyjnych. Co ważniejsze jednak, zaraz potem czytałem o zyskach, jakie inwestorzy mają na koncie dzięki wybijającym się w górę indeksom. Straty były papierowe, a zyski już nie są?
Może łatwiej zrozumieć tę asymetrię, gdy weźmie się pod uwagę, że nie brak opinii, że akcje w chwilach przeceny można było (wciąż można?) kupić za bezcen. Sprawdziłem. Przejrzałem uważnie tabelę notowań. Nie znalazłem spółki, której akcje można było czy można teraz kupić za bezcen. Jeśli ktoś jest innego zdania, chętnie poznam dowody. Oczywiście, postawiona publicznie teza o niesamowitej wręcz atrakcyjności aktualnych cen (bo jak inaczej rozumieć "bezcen") musi działać na wyobraźnię. Pytanie, czy jest prawdziwa. Nie udzieliłbym chyba odpowiedzi tak nonszalancko.
Najbardziej jednak spodobało mi się twierdzenie, że nie należy zanadto przejmować się niedawnym spadkiem notowań, bo "przecież ktoś te akcje kupował, a to już bardzo optymistyczny sygnał". No tak, tyle tylko, że zawsze są sprzedający i są kupujący. I jakoś nikogo nie dziwi, że ceny się jednak zmieniają.