Jeszcze nie tak dawno (jakieś dwa lata temu) ekonomiści bankowi przewidywali rychły koniec swojego zawodu - polegającego w dużej mierze na przewidywaniu tego, co zrobi Rada Polityki Pieniężnej oraz sytuacji na rynku długu i walutowym. Powód był prosty. Nieuchronne wydawało się szybkie zastąpienie złotego przez euro. Wtedy cała praca analityków makroekonomicznych w Warszawie okazałaby się niepotrzebna. To samo robią przecież ich koledzy we Frankfurcie czy w Londynie.
Okazało się jednak, że pesymizm nie był do końca uzasadniony. Od pewnego czasu euro nie przybliża się a oddala (choć analitycy mogą to krytykować, w ich interesie jest jak najdłuższe istnienie złotego) i ekonomiści w bankach mają zajęcie jeszcze na ładnych parę lat. W dodatku dobra koniunktura w gospodarce i sektorze finansowym sprawia, że cały czas jest popyt na ich usługi.
Tylko czy to wystarczy do dobrego samopoczucia?
Niekoniecznie. Widać bowiem odpływ z "branży" w nieco inne rejony. Na przykład przedstawiciele profesji analityka makroekonomicznego okazali się niezwykle atrakcyjni dla pracodawców z sektora publicznego. Najbardziej doceniło ich Ministerstwo Finansów, które w ostatnich dwóch latach miało trzech wiceministrów "zabranych" z banków. Ekonomiści szukają dla siebie miejsca również gdzie indziej. Jedni robią to, co setki tysięcy Polaków - wyjeżdżają na Wyspy Brytyjskie (z tą różnicą, że są poszukiwanymi pracownikami w swoim zawodzie). Inni próbują sił w biznesie.
To pokazuje, że "długoterminowo" wiary w perspektywy swojej profesji raczej nie mają.