Po wtorkowej decyzji FOMC
o obniżeniu w USA kosztu pieniądza o pół punktu procentowego i związanym z tym mocnym wzrostem amerykańskich indeksów nie można było oczekiwać niczego innego, jak równie mocnego rozpoczęcia notowań i na naszym rynku. To nie początek sesji był niewiadomą, ale zachowanie się popytu w dalszej części dnia. Okazało się, że popyt miał siłę i utrzymał początkowy poziom cen.
Otwarcie sesji było niemal euforyczne, co mogło owocować szybkim zredukowaniem zysków byków. Notowania ruszyły bowiem prawie 100 pkt nad zamknięciem sesji poprzedniej. Takie luki zdarzają się bardzo rzadko. Faktycznie lekki spadek nastąpił, ale szybko został wybroniony przez cały czas aktywny popyt. Przez większość sesji rynek poddawał się niewielkim wahaniom cen. Wyglądało na to, że tak będzie do końca dnia, co w niczym nie przeczyłoby twierdzeniu, że popyt spełnił swoje zadanie. Tym zadaniem było utrzymanie możliwie najwięcej z początkowych zysków. Okazało się, że nie tylko udało się je utrzymać, ale po 14.00 popyt nabrał jeszcze większej siły
i zobaczyliśmy nowe maksima sesji. W tym napływie optymizmu pomogły dane makro. Poznaliśmy dynamikę produkcji przemysłowej, która okazała się wprawdzie nieznacznie niższa od prognoz, ale za to również niższa okazała się inflacja na poziomie producentów w Polsce. Pół godziny później dowiedzieliśmy się, że również niższa od prognoz okazała się inflacja, ale już w USA i dotycząca towarów konsumpcyjnych. Nie bez znaczenia jest także fakt, że dla wielu graczy spadek z przełomu lipca i sierpnia był początkiem bessy. Teraz trzeba było to założenie skorygować.
Nowych rekordów wprawdzie jeszcze nie mamy, ale jest do nich bardzo blisko. Wydaje się, że atak na szczyty z lipca jest tylko kwestą czasu, i to dość krótkiego. Czy się powiedzie? Do tej pory popyt nie miał czym zaimponować. Nie popadajmy jednak ze skrajności