Firmy doradzające przy prywatyzacji przyzwyczaiły się do tego, że swego czasu na tym interesie można było nieźle zarobić. Teraz biznes przyjął formę przetrwalnikową i czeka na lepsze lata.
Mam dość polemik na temat tego, czy sprzedawać udziały w państwowych spółkach, czy nie. Wystarczy spojrzeć na dane GUS-owskie, które pokazują dobitnie, o ile gorsze są wyniki państwowych spółek w porównaniu z tymi osiąganymi przez firmy z sektora prywatnego. Jeszcze lepiej przyjrzeć się jest spółkom, które zostały sprywatyzowane kilkanaście lat temu.
Okazuje się, że można było rozkręcić dzięki nim biznes, jaki pod państwową kuratelą nie byłby w ogóle do pomyślenia.
Ale jest i druga strona medalu: jak procesy prywatyzacyjne wyglądały. Co było w nich uczciwe, a co nie. Tego nie możemy dziś jednoznacznie osądzić. Jeśli spojrzeć na to tylko od strony doradców prywatyzacyjnych, to widać, że część firm współpracuje ze Skarbem Państwa latami, a część ma swoje złote lata wyłącznie za czasów określonej ekipy rządzącej. Zbieg okoliczności?
Ci, którzy próbują teraz te sprawy badać, często są postrzegani jako najemnicy, którym dano naboje i kazano strzelać do przeciwników politycznych. Trudno pozbyć się wrażenia, że wykrywanie prywatyzacyjnych "przekrętów" wynika wyłącznie z chęci zyskania poparcia w kolejnych wyborach.