Rozstrzygnięcie tej kwestii jest kluczowe z punktu widzenia oceny koniunktury giełdowej w kolejnych miesiącach. Praktycznie wszystkie korekty, jakich byliśmy świadkami w ostatnich latach, miały podłoże przede wszystkim rynkowe. Zazwyczaj chodziło o pojawiający się co jakiś czas spadek skłonności do ryzyka. Raz wiązał się z zagrożeniem schłodzenia chińskiej gospodarki, innym razem z obawami o konsekwencje podwyżek stóp procentowych w USA, czy później o wpływ załamania na rynku nieruchomości na gospodarkę, a jeszcze innym z groźbą spowolnienia tempa wzrostu zysków amerykańskich przedsiębiorstw. Zawsze jednak okazywało się, że zagrożenia są wyolbrzymione i w rzeczywistości albo wcale nie występują, albo mają bardzo ograniczony wymiar.
Szybkie odrabianie strat
Ten rok przebiega pod znakiem prób rozstrzygnięcia, czy kryzys na amerykańskim rynku nieruchomości jest problemem jednego sektora i jednej gospodarki, czy też konsekwencje okażą się poważniejsze i rozleją się na inne branże i części świata. Mieliśmy już dwie odsłony załamania. Pierwsza zaczęła się w II połowie lutego, następna 17 lipca. W przypadku amerykańskiego S&P 500 zimowa wyprzedaż okazała się dość płytka (indeks stracił niecałe 6 proc.), ale już kolejna była najbardziej bolesna od momentu rozpoczęcia hossy wiosną 2003 r. Zabrała S&P 500 ponad 9 proc.
Sam fakt, że wakacyjna zniżka skalą przekroczyła swoje poprzedniczki, z punktu widzenia oceny przyszłej koniunktury ma znaczenie. Jednak ze względu na niezbyt dużą różnicę (wcześniejsze korekty wynosiły po ok. 8proc.) o niczym jeszcze nie rozstrzyga. Równocześnie wiele innych elementów charakteryzujących poprzednie korekty dawało podstawy, by sądzić, że hossa powoli odchodzi w niepamięć. Wcześniej S&P 500 wyznaczał dołki, gdy 3-miesięczna zmiana notowań osiągała minus 4,5-6 proc. Ostatnim razem wyniosła aż minus 7,6 proc. Podobnie było ze zmiennością notowań, 4-tygodniową zmianą indeksu czy wskaźnikiem MACD.
Te ostrzeżenia okazały się jednak bez znaczenia. S&P 500 dość szybko wrócił w rejon lipcowej górki. Porównując z poprzednimi korektami, mocniej zachowywał się jedynie po spadku rozpoczętym w lutym tego roku. Od ostatniego szczytu minęły 54 sesje. Po takim czasie od rozpoczęcia kolejnych korekt hossy S&P 500 był 2,9 proc. ponad wcześniejszym maksimum w przypadku zniżki, która zaczęła się w lutym tego roku. Teraz do górki brakuje około 0,5 proc. Natomiast w czterech wcześniejszych przypadkach odległość od szczytów wynosiła od 3 proc. do 6,5 proc.