Obawy przed krachem na giełdach pojawiły się w trakcie silnej zniżki notowań w okresie wakacyjnym. Dziś, gdy indeksy znów biją rekordy, nikt o tym nie wspomina. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest ustąpienie niektórych przesłanek kryzysu, na przykład powrót do normalności sytuacji na rynku pieniężnym w USA i Wielkiej Brytanii. Równocześnie to, z jaką częstotliwością inwestorzy powracają myślami do dramatycznych wydarzeń na parkietach, jest odzwierciedleniem ich nastrojów. Te zaś w ostatnich tygodniach są bardzo rozchwiane. Jeszcze w połowie sierpnia liczba pesymistów na amerykańskiej giełdzie była największa od 1997 r. W ostatnim tygodniu sytuacja była już diametralnie różna. Odsetek optymistów był największy od grudnia 2005 r. Taka huśtawka nastrojów nie zdarza się często. Potwierdza to tylko, jakich trudności przysparza inwestorom prognozowanie koniunktury.

Ze swojej natury krachy na giełdach są mało przewidywalne, gdyż w ich trakcie dużą rolę odgrywają emocje sterujące zachowaniami inwestorów. Dlatego, by odgadnąć moment gwałtownego załamania, musielibyśmy głęboko wniknąć w ich psychikę i nastrój w danym momencie. Trudno też wiązać krachy z bezpośrednimi czynnikami natury fundamentalnej, bo nie ma takich zjawisk, które tłumaczyły spadek notowań jednego dnia o kilkanaście procent. Mimo to splendor, jaki spada na wieszczącego krach w sytuacji gdy okaże się, że miał rację, zachęca do prób jego przewidzenia. Marc Faber, który zalecił swoim klientom sprzedaż akcji na tydzień przed załamaniem z 1987 r., do dziś jest kojarzony z tym faktem.