Węgierski deficyt budżetowy będzie w tym roku mniejszy, niż pierwotnie zakładano, a rząd skoncentruje się na przyspieszeniu tempa wzrostu gospodarczego - zapowiedział wczoraj premier Ferenc Gyurcsany.
Nie ujawnił w wywiadzie prasowym, jaka będzie nowa prognoza rządu dotycząca tegorocznego deficytu, ale potwierdził, że będzie niższa od zawartych w budżecie na 2007 r. 6,4 proc. produktu krajowego brutto. Cel na przyszły rok też został obniżony z 4,1 do 4 proc.
Od czasu ponownego wygrania wyborów parlamentarnych w zeszłym roku premier Gyurcsany zmniejszył zatrudnienie w strefie budżetowej, podniósł podatki i obniżył zasiłki socjalne, by zmniejszyć deficyt budżetowy, który w 2006 r. osiągnął rekordowy poziom i był najwyższy w całej Unii Europejskiej, stanowiąc aż 9,2 proc. PKB.
Ofiarą tak drastycznej redukcji deficytu padł wzrost gospodarczy Węgier. Jego tempo w III kwartale było najsłabsze od 11 lat. Wyniosło zaledwie 1 proc. w porównaniu z 3,9 proc. w takim samym okresie przed rokiem. Bank centralny przewiduje, że w całym bieżącym roku węgierski PKB zwiększy się o 1,6 proc., a w przyszłym o 2,4. Premier Gyurcsany zapewnił, że i te prognozy zostaną podniesione. Nie podał przy tym żadnych liczb, ale ujawnił, że jego rząd liczy na szybszy wzrost eksportu w wyniku rosnącego popytu w skali globalnej. Poinformował też, że w celu przyspieszenia tempa wzrostu rząd pracuje nad przygotowaniem nowych przepisów ułatwiających dokonywanie transakcji na rynku nieruchomości bez zbędnych formalności i pozwalających na szybsze rejestrowanie nowych spółek.
Premier Gyurcsany wyraził też opinię, że wymuszone przez Komisję Europejską redukowanie deficytu i spowodowane tym spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego może okazać się zbawienne w skutkach, gdyż pomoże jego krajowi uniknąć "twardego lądowania", które może stać się udziałem szybciej rozwijających się krajów, takich jak Estonia, Litwa, Łotwa i Bułgaria. Gyurcsany, który w zeszłym tygodniu podróżował po krajach bałtyckich, powiedział, że ich przykład pokazuje, iż rządy nie powinny za bardzo starać się o przyjęcie do strefy euro, bo może to zbyt dużo kosztować. - My osiągniemy to samo przy łagodnym lądowaniu na poziomie 4 proc. rocznego wzrostu PKB - dodał.