Reklama

Warunki do inwestowania na długi okres są coraz lepsze

Mimo że nad rynkiem akcji wciąż wisi widmo trudnych do przewidzenia skutków kryzysu kredytowego w USA, to wyceny spółek stały się już znacznie atrakcyjniejsze niż pół roku temu. Dylemat, przed jakim stoją długoterminowi inwestorzy, polega na tym, czy warto czekać, aż owe wyceny staną się jeszcze bardziej przystępne

Publikacja: 08.12.2007 09:26

Ostatnie miesiące odwróciły "do góry nogami" sytuację na warszawskiej giełdzie. Jak wynika z naszych obliczeń, w końcu czerwca, czyli tuż przed załamaniem trendu wzrostowego, akcje ponad 80 proc. spółek znajdujących się teraz w składzie indeksu mWIG40 były droższe niż pół roku wcześniej. Teraz ten odsetek maluje się w znacznie ciemniejszych barwach - przez ostatnie pół roku podrożało jedynie 2 proc. średnich firm.

Jakie stąd płyną wnioski? Aby to sprawdzić, obliczyliśmy powyższe wskaźniki również dla poprzednich lat (dla przedsiębiorstw, które teraz znajdują się w gronie mWIG40). Okazuje się, że tak fatalnych półrocznych statystyk nie zanotowano nawet w czasie ostatniej bessy. W najgorszym momencie (w marcu 2001 r.) odsetek spółek, które przez pół roku straciły na wartości, wynosił 93 proc., czyli mniej niż obecnie (98 proc.).

Na tej podstawie można stwierdzić, że tempo i zakres ostatnich spadków były na tyle duże, że trwające odbicie kursów jest w pełni uzasadnione. Uznawana tradycyjnie za udaną dla rynku akcji końcówka roku powinna podtrzymać poprawę nastrojów lub przynajmniej zatrzymać ewentualną kolejną falę wyprzedaży. Tym razem efekt window dressing ("strojenia witryn") może być bardziej widoczny niż zazwyczaj, bo zarządzający funduszami będą mieli szczególną motywację, by poprawić mocno nadwątlone roczne wyniki inwestycyjne.

Koniec spadków czy etap

przejściowy?

Reklama
Reklama

Niestety, na dłuższą metę wnioski nie są już tak optymistyczne. Stwierdzić tak można na podstawie statystyk dotyczących nie półrocznych, lecz rocznych stóp zwrotu. Obecnie odsetek firm z mWIG40 o dodatniej rocznej stopie zwrotu wynosi wciąż stosunkowo dużo - 54 proc. (w końcu czerwca odsetek był bliski 100 proc.). Tymczasem w najgorszym momencie ostatniej bessy (w lipcu 2001 r.) współczynnik ten nie przekraczał 8 proc.

To by sugerowało, że albo jest jeszcze sporo miejsca na trend spadkowy lub długotrwały (wielomiesięczny) zastój notowań, albo przynajmniej nie można wiarygodnie stwierdzić, że potencjał spadkowy się wyczerpał. Do jednoznacznie optymistycznych wniosków nie prowadzi również analiza techniczna (patrz - ramki).

Krótko mówiąc - inwestorzy mogą mieć spory dylemat. Pytanie brzmi: czy należy zakładać, że kursy akcji może spotkać podobny los co w latach 2000-2002? Przecież niejedna mała spółka już teraz ma za sobą zniżkę notowań nawet o połowę, a więc z punktu widzenia posiadaczy papierów takich firm nie ma sensu próba odpowiedzi na pytanie, czy nadejdzie bessa, bo owa bessa już zdążyła zebrać "krwawe" żniwo.

A może stopniowa

akumulacja?

Kompromisowym rozwiązaniem tych trudnych do rozstrzygnięcia dylematów jest stopniowe, ostrożne akumulowanie przecenionych akcji. Nawet jeśli rynek nie sięgnął jeszcze dna, to kupując niewielkie pakiety walorów, inwestorzy nie narażają się na ogromne ryzyko. Argumentem za taką strategią jest pojawianie się coraz atrakcyjniejszych wycen spółek.

Reklama
Reklama

Jak wynika z danych publikowanych przez GPW, 36 proc. wszystkich polskich spółek ma wskaźnik cena/zysk poniżej 15. Taki poziom wyceny można uznać za w miarę atrakcyjny, zakładając, że spółki będą zwiększały zyski lub przynajmniej utrzymają obecne zarobki. Dla większości firm założenie takie wydaje się rozsądne. Mimo że według prognoz ekonomistów wzrost gospodarczy w przyszłym roku będzie wolniejszy, to jednak nie ma mowy o poważniejszym spowolnieniu, które mogłoby uderzyć w wyniki przedsiębiorstw (przykładowo OECD szacuje przyszłoroczny wzrost PKB na 5,6 proc.). O tym, że rynek akcji z długoterminowego punktu widzenia w ostatnich miesiącach stał się znacznie bardziej atrakcyjny (czyli tańszy), świadczy choćby fakt, że jeszcze w końcu lipca aż 47 proc. spółek miało C/Z powyżej 30 (a więc na mocno wygórowanym poziomie), podczas gdy obecnie odsetek ten wynosi 27 proc.

Jakie jest ryzyko?

Owszem, dla całego rynku wyceny nie są może jeszcze szczególnie niskie, ale spadek potrzebny do sprowadzenia ich do bardzo atrakcyjnych poziomów musiałby być znacznie mniejszy niż jeszcze pół roku temu. Przykładowo, dla spółek z mWIG40 C/Z wynosi 20,4 (dane z czwartku). Jeśli za bardzo atrakcyjny poziom C/Z uznamy 15, to wyceny, aby go osiągnąć, musiałyby spaść jeszcze o jedną czwartą. Ryzyko jest już więc znacznie mniejsze niż w końcu czerwca, gdy C/Z przekraczał 30. Gdyby wówczas wskaźnik miał się obniżyć do 15, to spadek musiałby wynieść aż 50 proc.

Tuzy nawet nie otarły się o bessę

W przeciwieństwie do indeksów małych i średnich spółek ("misiów") indeks tuzów naszej giełdy nie otarł się nawet w ostatnich miesiącach o długoterminowy trend spadkowy. Odbicie nastąpiło dużo wcześniej, zanim nad WIG20 zawisła groźba testowania sierpniowego dołka. Dzięki temu udało się uniknąć powstania złowieszczej formacji podwójnego szczytu. Siła dużych spółek sprawia, że najbardziej prawdopodobne są dwa scenariusze rozwoju wydarzeń: albo szybki marsz w kierunku październikowych maksimów (w końcu inwestorzy dyskontują już rajd Świętego Mikołaja), albo stabilizacja na poziomie zbliżonym do obecnego.

Średniaki nie wydostały się z kanału

Reklama
Reklama

Mimo solidnego odbicia indeks średnich spółek nie pokonał jeszcze poziomów oporu. Tym samym z punktu widzenia analizy technicznej nie pojawił się średnioterminowy sygnał kupna. Pierwszym testem siły popytu będą zmagania mWIG40 z sierpniowym dołkiem (4286 pkt). Niestety, nawet powrót ponad ten poziom nie będzie gwarancją powrotu długoterminowego trendu wzrostowego. Ważniejsza jest linia biegnąca po szczytach z czerwca i października, będąca elementem szerokiego kanału spadkowego. Przebiega ona na wysokości około 4500 pkt. Jak widać, zanegowanie wszystkich niekorzystnych sygnałów będzie dla byków sporym wyzwaniem.

Banki w USA wracają do łask?

Sektor finansowy - do niedawna najsłabsze ogniwo amerykańskiego rynku akcji - powoli odzyskuje siły. Po pierwsze, dzięki temu, że przelała się już największa fala informacji o gigantycznych stratach banków na ryzykownych instrumentach hipotecznych. Inwestorzy zdążyli już przyzwyczaić się do myśli, że koszty kryzysu kredytowego sięgają wielu miliardów dolarów. Po drugie, akcje instytucji finansowych zyskują dzięki rozbudzonym nadziejom na przyszłotygodniową obniżkę stóp procentowych w USA. Pytanie tylko, czy cięcie kosztów pieniądza zdoła uspokoić rynek międzybankowy, który przeżywa kryzys zaufania, skoro nie udało się to poprzednim obniżkom.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama