Nieumiejętność dostrzegania korelacji pomiędzy poszczególnymi działaniami to znana biurokratyczna przypadłość. Tak jest choćby w przypadku znacznego podniesienia płacy minimalnej przy jednoczesnym pozostawieniu poziomu dopłat dla pracodawców zatrudniających niepełnosprawnych na niezmienionym poziomie.
Podniesienie płacy minimalnej to w dużej mierze decyzja administracyjna, a nawet polityczna. Jednak jej konsekwencje są już czysto ekonomiczne. Na przykład dla firm zatrudniających osoby niepełnosprawne oznacza to realnie dużo niższe dopłaty, a w skrajnych przypadkach konieczność zwinięcia interesu. Obecnie jako podstawę do wyliczenia dopłat bierze się płacę minimalną z roku poprzedniego. Kiedy więc pensja minimalna rośnie o 20 proc. w kolejnym roku - jak będzie to zaraz miało miejsce - przedsiębiorstwa są stratne. Tego jednak już urzędnicy i politycy nie widzą.
Jak uczy historia ekonomii, gwałtowny wzrost płac nieraz okazywał się niekorzystny dla gospodarki, niektórych jej sektorów albo pojedynczych firm. Konieczność podnoszenia pensji pracownikom obniżać może konkurencyjność bądź powodować, że w odstawkę pójdą np. plany inwestycji. Rynek jednak potrafi sobie radzić z takimi przypadkami i w końcu nieuzasadnione, nadmierne lub przedwczesne podwyżki skoryguje. Jeżeli nie, pracownicy cieszyć się długo wyższymi pensjami nie będą. Część z nich zasili kolejkę petentów różnego rodzaju biur pomocy socjalnej - a więc znów biurokracji. I dzięki temu ta jedna może mieć pewność, że z jej szeregów pracownicy znikać nie będą. Na tym polega jej przebiegłość?