Sporą popularnością cieszy się w Polsce rynek forex. Gracze, którzy tam inwestują, czyhają na niewielkie, nieprzekraczające dziesiątych części procentu, ruchy walut. I na tym zarabiają. Na giełdzie liczą się większe skoki, najlepiej kilkuprocentowe. Także tutaj masa ludzi wypatruje okazji do zarobienia pieniędzy.
Gdyby i jednym, i drugim zapowiedzieć, że jakaś waluta albo spółka w ciągu kilku miesięcy zdrożeje o kilka lub kilkanaście procent, poszukaliby kredytów i obkupiliby się po uszy, aby tylko z takiej okazji skorzystać.
Tymczasem właśnie taką sytuację mamy na rynku nieprzetworzonej żywności. W USA zapasy pszenicy spadły do bardzo niskiego poziomu, tak samo jest z kukurydzą. W Argentynie i Australii tegoroczne zbiory były kiepskie. Czyli jest okazja do zarobku, być może sporego.
W Polsce też można zarobić na zbożach. Trzeba mieć tylko spore magazyny, specjalistów od oceny jakości ziarna i znajomych rolników. Tylko wtedy bowiem można skupić pszenicę i liczyć, że sprzeda się ją ze sporym zyskiem.
Na największych światowych giełdach towarowych możliwość zarobku na ziarnie ma każdy, kto dysponuje komputerem i otwartym rachunkiem maklerskim oraz ma dostatecznie dużo pieniędzy, aby skorzystać z dźwigni finansowej. Być może to kwestia przepisów, być może zaś podejścia - bo nawet na giełdach towarowych wszyscy wiedzą, że mali inwestorzy zapewniają płynność. Tymczasem w Polsce liczą się przede wszystkim powierzchnia magazynowa i znajomości. Oraz umiejętność machania łopatą - bo w końcu ktoś to zboże z przyczep do silosów musi zgarnąć.