Wczorajszy protest górników Kompanii Węglowej przebiegał spokojnie. Zgodnie z przypuszczeniami, nie pracowało ponad 35 tys. osób, na 65 tys. pracowników grupy. Załoga największej spółki górniczej brała udział w tzw. masówkach. Pracowały tylko służby odpowiedzialne za utrzymanie ruchu. Duża część pracowników Kompanii wzięła urlop. Zgodnie z wcześniejszymi symulacjami, dzień zwłoki w pracy Kompanii oznacza spadek przychodów o 43 mln zł. Dłuższy przestój może oznaczać, że firma zakończy rok stratą.
Sztab protestacyjno-strajkowy prawdopodobnie jutro podejmie decyzję o dalszym działaniu. Niewykluczone jest zaostrzenie protestu. Przedstawiciele załogi i górniczej firmy nie wznowili rozmów. Zarząd, w związku z protestem, nie zajął stanowiska.
Przypomnijmy, że spór dotyczy wysokości wynagrodzeń. Związki domagają się podwyżek płac o 6,9 proc. jeszcze w tym roku oraz zwiększenia ekwiwalentu barbórkowego do 500 zł. Jeszcze śmielsze oczekiwania mają wobec przyszłego roku. Płace mają wzrosnąć aż o 14 proc. Tymczasem zarząd Kompanii proponuje w tym roku wzrost płac o 4,8 proc. i zaliczkową wypłatę 500 zł z przyszłorocznej "czternastki". Na przyszły rok katowicka spółka przygotowuje 11-proc. podwyżkę (około 500 zł brutto miesięcznie). Takie propozycje nie przekonują związkowców. Ich zdaniem, brak funduszy na wypłaty to wina zarządów kopalń.
- Zarządzający usiłują przerzucić na górników odpowiedzialność za własną nieudolność i błędy w kierowaniu - mówi Andrzej Chwiluk, szef Związku Zawodowego Górników.
Spokojniej było w Katowickim Holdingu Węglowym. Strajk związkowców z "Sierpnia 80" trwał 2 godziny. Inne organizacje kontynuowały negocjacje płacowe, które nie przyniosły jednak porozumienia. Strony uzgodniły, że wrócą jutro do rozmów. Zdaniem przedstawicieli firmy, protest nie przyniósł strat finansowych.