Rynek mieszkaniowy nieustannie wzbudza spore zainteresowanie. Powód jest oczywiście dość prosty - mieszkań brakuje, a posiadanie własnego dachu nad głową to prawdopodobnie podstawa normalnego życia. Do tego dorzucić należy element o wymiarze czysto ekonomicznym - branża budowlana jest tą, która ma bardzo istotny wpływ na sytuację całego rynku. Przez co najmniej trzy ostatnie lata rynek nieruchomości był też tym, który znakomicie nakręcał maszynkę do robienia pieniędzy na rynku kapitałowym. I mało ważne było kto i co, istotną sprawą było jedynie to, że jedna czy druga spółka ogłosiła światu swój zamiar "wejścia w deweloperkę". To wystarczyło, by sprzedać akcje w ofercie pierwotnej i znakomicie zarobić. Budowanie mieszkań było historią zupełnie bez znaczenia. Rzecz jasna nie dotyczy to wszystkich firm, ale...

Dzisiaj nastał czas ostrożności, czy też może bardziej prawidłowe byłoby nazwanie go czasem normalności. Inwestorzy uważnie przyglądają się spółkom zajmującym się budownictwem i zaczynają odróżniać cwaniaków i hochsztaplerów od tych, którzy rzeczywiście chcą w zdrowy sposób istnieć na naszym rynku, a co za tym idzie - zarabiać (tak dla siebie, jak i dla obecnych i potencjalnych inwestorów). To dobry sygnał. Trzeba jednak wziąć pod uwagę nowy obraz naszego rynku nieruchomości, który po szaleństwie cenowym (w niemałym stopniu ekonomicznie uzasadnionym) zaczyna normalnieć. Ta normalność dla niektórych oznaczać będzie niestety straty, ale w szerszym wymiarze na pewno wszystkim się opłaci.

Prowadzone przez kilka firm analizy naszego rynku mieszkań i domów mówią, że ceny nieruchomości nie tylko stabilizują się, ale w niektórych przypadkach nawet spadają (oczywiście dotyczy to średniej). Czy oznacza to, że o własne cztery ściany będzie łatwiej? Tylko pozornie. Co prawda rynek powoli zmienia się z obszaru zdominowanego przez sprzedających na świat, w którym karty rozdają kupujący, ale nie oznacza to, że mieszkań i domów jest więcej niż chętnych. Takiej sytuacji jeszcze długo nie będzie. Role na rynku zmieniły się w związku z ograniczeniem dostępu do kredytów, ofertą mieszkań i domów nie do końca odpowiadającą kupującym oraz poziomem cen (w niektórych segmentach rynku, na przykład mieszkań w blokowiskach z wielkiej płyty) uznanych przez poszukujących mieszkań za - mówiąc delikatnie - wygórowane. Co to oznacza? Analitycy rynku nieruchomości twierdzą, że w najbliższym czasie na pewno stabilizację cen i obniżkę w niektórych segmentach rynku (są jednak i takie, które poprzez rynkowy niedostatek ofert na pewno będą rosły - dotyczy to chociażby mieszkań o bardzo wysokim standardzie).

Początek grudnia przyniósł też wiadomość o tym, że ministrowie finansów krajów członkowskich UE zgodzili się, by do końca 2010 r. Polska i cztery inne nowe kraje Unii mogły stosować obniżoną stawkę VAT na wynegocjowane w traktacie akcesyjnym towary i usługi (w przypadku Polski chodzi o prawo do zachowania m.in. 7-proc. stawki w budownictwie mieszkaniowym i remontach, z wyłączeniem materiałów budowlanych). Oczywiście jeżeli chodzi o element cenotwórczy, to wiadomość ważna. Jednak w szerszym wymiarze musimy zdawać sobie sprawę z tego, że w UE stosowanie obniżonej stawki VAT w budownictwie mieszkaniowym jest sprawą oczywistą i nie ma powodu do jakiejś politycznej euforii. Trzeba raczej myśleć, co będzie po 2010 roku. Roman Nowicki, prezes Kongresu Budownictwa, mówił, że mieszkania są tak drogim towarem, że wszystkie kraje UE mają rozbudowane systemy pomocy dla budownictwa mieszkaniowego. Tymczasem Polska, mimo iż jest na ostatnim w Europie miejscu, jeśli chodzi o liczbę mieszkań na tysiąc mieszkańców,

dotychczas nie zrobiła wiele w tej kwestii. Czas na zmiany.