Nasz kapitał stopniowo odłącza się od powyborczej pielgrzymki w intencji cudu gospodarczego Platformy Obywatelskiej i cudownego uratowania amerykańskiego rynku nieruchomości przez władze federalne USA.
Okazuje się, że solidne fundamenty, takie jak skala nakładów inwestycyjnych, rosnące płace, konsumpcja i eksport, nie przesądzają o wzroście wycen spółek giełdowych. Nawet w obliczu zmiany władzy na taką, której deklaracje o zdjęciu hamulca z przedsiębiorczości wydają się jak najbardziej prawdziwe.
W krótkim i średnim terminie wyceny akcji są zależne od wpływów globalnego nastroju - bardziej niż od wyników codziennych zmagań spółek z konkurencją. Nawet inwestycje oparte na solidnych fundamentach mogą okazywać się mierne w zarabianiu pieniędzy dla inwestora. Polepszenie warunków gospodarowania czy wzrost rentowności, choć prowadzi do wewnętrznego wzrostu wartości spółki, wcale nie musi być odzwierciedlane w wycenie i przekładać się na zysk w momencie spieniężania aktywów. W ostatnich latach wielu nabywców instrumentów finansowych ulegało złudzeniu, że rozpoczęcie zarabiania na akcjach jest możliwe prawie natychmiast po zakupie. Efekty odkrycia prawdy i rozczarowania były szczególnie widoczne w listopadowych notowaniach małych spółek, które jeszcze niedawno najbardziej kusiły wysoką stopą zwrotu i obiecywały najszybsze oderwanie się notowań od cen zakupu. Ta wyprzedaż była efektem złej jakości systemu dystrybucji i sprzedaży produktów inwestycyjnych, który ucieka od przedstawiania pełnego charakteru inwestowania portfelowego oraz tego, z jakim wiąże się ono ryzykiem.
Nasze społeczeństwo w dużej mierze jest edukowane ekonomicznie przez reklamy funduszy inwestycyjnych. Pozyskiwanie kapitału przez podsycanie spekulacyjnych ciągot posiadaczy gotówki siłą rzeczy zmieniało charakter alokacji drobnych inwestorów z inwestycyjnego na spekulacyjny. Długoterminowy charakter inwestowania zamiast być utożsamiany z kupowaniem majątku konkretnych firm, był lansowany jak lokata z losem na loterii na dokładkę, gdzie jedynym argumentem przemawiającym za inwestycją było powodzenie tych, którym udało się wcześniej w nią wkupić.
Z punktu widzenia prostej logiki zdrowego inwestowania, ponoszenie przejściowych strat z inwestycji giełdowych, szczególnie w początkowej fazie, może być równie naturalne, jak ponoszenie kosztów w oczekiwaniu na osiągnięcie progu rentowności w przypadku inwestycji bezpośrednich.