Polskie firmy energetyczne drastycznie redukują zatrudnienie. Zwalniać nie mogą, bo nie pozwalają im na to podpisane przed laty gwarancje pracownicze. Zamiast tego wdrażają programy dobrowolnych odejść, z których pracownicy skorzystać mogą, ale nie muszą. Do skorzystania z tej opcji mobilizują ich wysokie odprawy – sięgające nawet 26 miesięcznych pensji. Ponadto w większości firm w 2014 r. kończą się już gwarancje zatrudnienia, a to otworzy drogę do przeprowadzania zwolnień na o wiele gorszych warunkach.
Końca redukcji nie widać
Z naszych informacji wynika, że w samej Polskiej Grupie Energetycznej tylko w tym roku pracę stracić może ponad tysiąc osób. Grupa ta zatrudnia obecnie ponad 46 tys. pracowników. Pozostali energetyczni giganci: gdańska Energa, katowicki Tauron i poznańska Enea zredukują zatrudnienie łącznie o kilkaset osób. Skala redukcji może więc być podobna jak w roku ubiegłym, kiedy dobrowolnie odeszło z tych firm w sumie około 2 tys. osób.
– Cięcia etatów w energetyce mają miejsce już od pewnego czasu i wydaje się, że w niektórych firmach, np. w PGE, wciąż jest potencjał do dalszej redukcji zatrudnienia. Firmy muszą się liczyć z ciężarem, jaki spadnie na nie w postaci zwiększonych opłat za emisję CO2. Z tego punktu widzenia każda możliwość ograniczenia kosztów jest potrzebna – twierdzi Piotr Łopaciuk, analityk Erste Group.
Na przeszkodzie mogą stanąć związkowcy. – To prawda, że rząd nie wywalczył korzystnych dla elektrowni limitów CO2, ale konsekwencji tego nie powinni ponosić pracownicy – przekonuje Andrzej Nalepa, szef Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego w należącej do PGE Elektrowni Bełchatów, i zapowiada, że związek będzie walczył o utrzymanie miejsc pracy. W tej sprawie chce rozmawiać z ministrem skarbu.
Walka o stołki?
Założenia są ambitne. Tauron liczy na redukcję kosztów rzędu 1 mld zł do końca 2012 roku, niemal tyle samo chce osiągnąć PGE do 2016. Natomiast Enea szacuje, że korzyści sięgną 190 mln zł w latach 2012-2013. Ta skłonność do oszczędzania zastanawia niektórych analityków. – Trudno nie wiązać tej wzmożonej aktywności zarządów do cięcia kosztów i poprawy wyników ze zmianami we władzach tych firm, jakie obecnie obserwujemy – podkreśla Piotr Łopaciuk, analityk Erste Group. Związkowcy mówią dobitniej: – To walka o stołki mobilizuje zarządy do tak brutalnych cięć – sugeruje Nalepa. Tymczasem władze firm tłumaczą, że chodzi wyłącznie o poprawę efektywności i likwidację przerostu zatrudnienia.