Faxem z Gdańska
Rynek rolny to jest odrębna i tajemna dziedzina wiedzy. Nie pasują tu żadne schematy klasycznej ekonomii. Przynajmniej w Europie. Zamiast wolnej konkurencji i poddania się prawom globalizacji mamy tu limity produkcyjne, kontyngenty importowe, subsydia i kordony sanitarne. Skomplikowany mechanizm o nazwie CAP (Common Agricultural Policy) pochłania trzecią część budżetu Unii Europejskiej i oznacza miliardowe przepływy z kieszeni podatników do kieszeni europejskich producentów rolnych. Po prostu uprawa roli w Europie nie opłaca się, z małymi wyjątkami regionalnymi i asortymentowymi. Taniej byłoby importować zboże i żywność z Ameryki, Azji i Australii - czyli z tych obszarów, które przeżyły "zieloną rewolucję" i zbierają plony kilka razy w roku. Ale Europa, z kilku powodów, chroni swoje nieopłacalne rolnictwo. Dotowane produkty Unii Europejskiej mogą być konkurencyjne na naszym rynku. Mogą też wypierać nasz eksport z rynku rosyjskiego, który popsuł się w roku 1998, ale wciąż pozostaje najbardziej obiecującym kierunkiem upłynniania naszych nadwyżek rolnych. Nie odnieśliśmy sukcesu na rynkach Europy Zachodniej.Mając kilka milionów ludzi zatrudnionych w rolnictwie i nie mając tych możliwości finansowych co Bruksela, Polska musi wypracować własne narzędzia polityki rolnej. Musi poruszać się pomiędzy PSL-owskim dążeniem do zamrożenia struktury rolnej - co stwarza siłę polityczną tej partii - a technokratyczną pokusą szybkiej modernizacji wsi, co jest nierealne i nie do wytrzymania. Niekorzystne proporcje demograficzne są trwałym garbem III Rzeczpospolitej. W Europie tylko Rumunia ma wyższy procent ludności żyjącej z rolnictwa. Nie ma żadnego szybkiego scenariusza, przenoszącego nas z dzisiejszej polskiej rzeczywistości (26% zatrudnionych w rolnictwie, wytwarzających 6-7% PKB) w standardy Unii Europejskiej. Dlatego, będąc liberałem, z pokorą przyjmuję do wiadomości takie wynalazki, jak ceny minimalne na produkty rolne i interwencjonizm Agencji Rynku Rolnego. Jako liberał nie dziwię się, że jest to mało skuteczne, gdyż wiem, iż taka jest natura wszelkiej biurokratycznej kontroli rynku. Dziwny byłby świat, zorganizowany wedle takiego wzoru. Dziś rolnicy blokują drogi, domagając się interwencyjnego skupu żywca. Wyobraźmy sobie muzyków i wytwórnie płytowe blokujące centrum Warszawy, w imię interwencyjnego skupu niechodliwych płyt i kaset. Albo dziennikarzy, domagających się interwencyjnego skupu, przez państwo, artykułów i reportaży odrzuconych przez redakcje gazet. Dobrze, że nie żyjemy w takim świecie! Łatwiej przychodzi nam pogodzić się z takim wyjątkiem, jakim jest europejski rynek rolny, który nie poddaje się prawom popytu i podaży...
JANUSZ LEWANDOWSKI