Sytuacja powtarza się według tego samego schematu. Gdy jakaś dziedzina gospodarki nie jest wrażliwa na działanie reguł rynkowych, przynosi straty. Może sobie na to pozwolić, gdyż jest finansowana bezpośrednio przez budżet państwa albo też bezpośrednio przez banki i firmy kooperujące. Ekonomiści nazywają taką sytuację miękkim finansowaniem lub miękkimi ograniczeniami budżetowymi. Istnieją rzecz jasna setki powodów, by sytuację taką usprawiedliwić, a piętrzące się straty uznać za nieuchronne, a nawet korzystne dla całej gospodarki. Poddana miękkiemu budżetowaniu dziedzina znajduje wsparcie potężnych grup społecznych i politycznych, a także, co ciekawe, mediów.Dziennikarze nadzwyczaj łatwo dają się przekonać lobbystom, wspierającym deficytową dziedzinę, że cały problem leży nie w złym zarządzaniu i niskiej wydajności pracy, ale w niezbyt hojnych dotacjach ze strony państwa. Wcześniej czy później nadchodzi jednak kres tej rozpusty, ponieważ wyłączona spod rygorów rynkowych dziedzina generuje coraz większe straty, wydajność zamiast rosnąć spada, rosną nie mające uzasadnienia wydatki inwestycyjne. Rząd dochodzi do wniosku, że grozi to rozsadzeniem budżetu państwa i przystępuje do restrukturyzacji deficytowej dziedziny. Reforma niemal zawsze jest kompromisem między racjami ekonomicznymi a racjami zgłaszanymi przez grupy nacisku, które powołują się na tak zwane wyższe względy społeczne. Mimo tych społecznych racji, dotacje są obcinane, kurczą się możliwości miękkiego budżetowania poprzez podmioty komercyjne - banki, dostawców itd. Lobbiści podnoszą krzyk, twierdząc, że rząd dokonuje grabieży, jest niekompetentny i nie rozumie specyfiki branży. A "specyfika" wymaga, by branża przynosiła stale stratę i by strata ta była pokrywana przez podatników.Po raz pierwszy schemat ten przerabialiśmy w roku 1990. Wówczas większość państwowych przedsiębiorstw znalazła się w kleszczach rynku, co okazało się dla nich bardzo bolesne. Dusiła je pętla długów, dyrektorzy firm ze zdziwieniem stwierdzali, że na rynku nie ma miejsca dla ich niskiej jakości wyrobów, zwalniano pracowników z rozdętych działów zaopatrzenia i na gwałt tworzono działy marketingu. Państwo nie było dla przedsiębiorstw nadmiernie okrutne. Umożliwiono oddłużenie, dawano specjalne kredyty, po cichu godzono się na odraczanie spłaty zobowiązań wobec Skarbu Państwa i ZUS. Niemniej przedsiębiorstwa czuły finansową presję, zwalniały pracowników, sprzedawały zbędny majątek, powoli uczyły się działać na rynku. Część doczekała się prywatyzacji i kapitału, przyniesionego przez nowych właścicieli. Nie ruszone pozostały branże, których siła nacisku była szczególnie duża lub które z przyczyn organizacyjnych słabo poddają się działaniom rynku - ot, choćby górnictwo węgla kamiennego i służba zdrowia. Im mniej czuły presję, tym bardziej rosły ich straty i długi. Górnictwo węgla kamiennego w ostatnich latach przynosiło około 1 miliard dolarów strat rocznie. Straty pogłębiły się, gdy zaczęto wprowadzać "reformę", która miała polegać na redukcji części długu spółek węglowych. Im więcej państwo przeznacza na oddłużenie, tym większa jest skłonność firm do powiększania długu. Do opinii publicznej ten fakt przebija się słabo. Znacznie łatwiej lamenty na rząd, który wymusza ograniczanie kosztów i zwalnianie zbędnych pracowników.To samo powtarza się w służbie zdrowia. W ubiegłym roku szpitale i ośrodki zdrowia powiększyły swój dług o gigantyczną kwotę 3 miliardów złotych. Przyczyna była oczywista - wiedziały, że długi zostaną z końcem roku przejęte przez państwo. Informacja o tym słabo przebiła się do opinii publicznej, która najwyraźniej sympatyzuje z lekarskim lobby, żądającym zwiększenia dotacji z budżetu państwa. Reforma służby zdrowia, jakkolwiek niezbyt udolnie wprowadzana, zmusza jednostki, świadczące usługi medyczne do ograniczenia kosztów. To jeszcze nie jest rynek, ale kasy chorych skąpo dzielą pieniądze, zmuszając do przemyślenia zbędnych wydatków. Poziom marnotrawstwa w służbie zdrowia był i jest gigantyczny, jest więc na czym oszczędzać bez szkody dla jakości usług. Jeżeli kasy i struktury państwa okażą się konsekwentne, nastąpi poprawa efektywności usług medycznych, wymuszona przez twardsze budżetowanie. Ta metoda trochę boli, ale daje dobre skutki. Jeżeli państwo się ugnie i rozluźni rygory budżetowe, jakość usług się nie poprawi, a za to zwiększą się obciążenia podatkowe dla gospodarki, co wszyscy szybko odczujemy.

WITOLD GADOMSKI

publicysta "Gazety Wyborczej"