REKLAMA
REKLAMA

Inwestycje

Na koniec roku złoto będzie wyżej niż obecnie

Gościem Przemysława Tychmanowicza w Parkiet TV był Michał Stajniak, analityk X-Trade Brokers.

Foto: Archiwum

W ostatnich tygodniach dużo działo się na rynku ropy naftowej. Najpierw mieliśmy atak dronów na rafinerie w Arabii Saudyjskiej, co spowodowało mocny wzrost cen ropy. Wydaje się jednak, że sytuacja się uspokoiła i wszystko wróciło do normy.

Nie tylko wszystko wróciło do normy, ale dodatkowo ropa jest na niższych poziomach niż przed atakiem.

Czyżby więc strach miał wielkie oczy?

Trochę tak. Oczywiście mieliśmy największe jednorazowe zawirowanie na rynku ropy naftowej w historii. Z rynku „ściągnięte" zostało 4 mln baryłek podaży. Do tego doszły zawirowania związane z eksportem, gdyż zaatakowana została także cała infrastruktura związana z przetwarzaniem ropy. Były spekulacje, że będzie ona odbudowywana przez wiele miesięcy. Były różne plotki, ale Arabia Saudyjska ogłosiła, że produkcja ropy wraca do normy i sytuacja jest opanowana. Do tego dochodzi rozejm z Jemenem, również kwestia irańska przycichła i to spowodowało, że cena ropy WTI spadła w okolice 52–53 dolarów za baryłkę. Na to też złożyły się dodatkowo inne czynniki.

Jakie konkretnie?

Mamy chociażby niepewność związaną z wojną handlową, duże spowolnienie gospodarcze na świecie. Świat zaczyna ignorować informacje podażowe, a bardziej patrzy na to, co dzieje się z popytem, stąd też taki spadek cen. W perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy trzeba jednak też patrzeć na to jak będzie zachowywała się podaż. OPEC nie ma wyboru i będzie musiał kontynuować politykę utrzymywania niskiej produkcji. Może dojść nawet do sytuacji, w której będzie musiał się zdecydować na kolejne cięcia. Mimo że podaż spada, to utrzymujący się nadmiar ropy może być na tyle duży, że ceny cofną się poniżej 50 dolarów za baryłkę i wtedy uruchomi się lawina bankructw w Stanach Zjednoczonych jeśli chodzi o łupki. Niskie ceny są natomiast potrzebne do odbicia wzrostu gospodarczego więc te niskie ceny też nie są takie złe.

Zejście poniżej 50 dolarów za baryłkę w przypadku ropy WTI to realny scenariusz?

Obecnie raczej powinniśmy się szykować do odbicia notowań chyba, że dojdzie do załamania rozmów handlowych, co przecież jest prawdopodobne. Rynek też jednak przyzwyczaił się do tego, że między Chinami i Stanami Zjednoczonymi trwają rozmowy, ale brakuje konkretów. W czwartek rozpoczyna się kolejna tura rozmów, ale już teraz widać bojowe nastawienie strony chińskiej.

Sprawy związane z handlem międzynarodowym mocno wpływają też na notowania miedzi. Czy na tym rynku jest szansa na jakieś odbicie?

Rynek miedzi bardzo mocno reaguje na to co dzieje się w Chinach, gdyż kraj ten generuje 50 proc. światowego popytu na miedź. Mówiło się wcześniej o możliwych strajkach w Ameryce Południowej, ale do niczego takiego nie doszło. Dodatkowo ostatnio w Chile mieliśmy wzrost produkcji w związku z czym nie sądzę, aby na tym rynku doszło do jakiegoś przełomu. Sytuacja na rynku miedzi wygląda podobnie do tego, z czym mieliśmy do czynienia w latach 201–2016, chociaż może w trochę mniejszej skali. Jesteśmy w fazie spadkowej i musiałoby się zadziać coś naprawdę dużego, żeby cena miedzi odbiła. Jesteśmy obecnie w okolicach 5600 dolarów za tonę. W obecnych warunkach trudno jest mówić, aby to była zbyt niska cena, jeśli chodzi o koszty produkcji. To, co się dzieje obecnie w przemyśle, pokazuje, że kwestie związane z popytem są raczej wątpliwe. Cały czas oczywiście poruszamy się też w temacie wojny handlowej. Jeśli dostaniemy pozytywną informację możliwe są dwa, trzy tygodnie odbicia. Pamiętajmy jednak, że fundamenty działają w długim terminie i ustawiają długoterminowy trend. W przypadku pozytywnych informacji jest szansa odbicia o kilkaset dolarów, ale myślę jednak, że miedź w perspektywie kilku miesięcy może spaść w okolice 5000 dolarów albo nawet poniżej tego poziomu.

Wojna handlowa i spowolnienie gospodarcze to woda na młyn dla bezpiecznych przystani takich jak chociażby złoto. Czy korekta na tym rynku już się zakończyła? We wtorek złoto znowu kosztowało 1500 dolarów za uncję.

Nie nazwałbym tego korektą. Raczej należy mówić o konsolidacji i myślę, że może ona trwać jeszcze dwa, trzy miesiące. Tak naprawdę jesteśmy w momencie w którym rynek nie wie dokładnie czego można spodziewać się w najbliższym czasie. Nie mamy pewności odnośnie do tego, co będzie robiła Rezerwa Federalna, są nadzieje związane z umową handlową więc myślę, że na rynku złota możliwa jest konsolidacja z dolną granicą przy poziomie 1430 dolarów i górną w okolicach 1550–1560 USD. Warto też jednak zwrócić uwagę, że pod kątem spekulacyjnym nie widać spadku zainteresowania złotem. Fundusze ETF nadal kupują złoto, kupowane są także kontrakty na giełdach towarowych. Cały czas mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym i na razie nic nie wskazuje na to, żeby świat z niego wyszedł. Do tego też potrzeba czasu, nawet jeśli założymy, że Rezerwa Federalna będzie obniżała stopy procentowe. Dane gospodarcze w tym momencie natomiast nie kłamią. Mamy do czynienia ze spowolnieniem. Odczyty indeksów ISM w Stanach Zjednoczonych wypadły poniżej 50 pkt. Podobnie wygląda sytuacja w Europie. W dłuższej perspektywie metale szlachetne będą zyskiwać na wartości. Złoto na koniec roku powinno być na wyższych poziomach. Rezerwa Federalna w tym roku co najmniej jeszcze raz obniży stopy procentowe, szala więc zacznie przechylać się na stronę złota, a nie amerykańskich obligacji. Poza tym proszę zwrócić uwagę, że wciąż mamy do czynienia z silnym dolarem. Jeśli to się zmieni, to złoto zacznie wyraźnie zyskiwać na wartości. Dlatego też spodziewam się, że będzie ono droższe niż obecnie na koniec roku, natomiast w perspektywie dwóch lat w okresie spowolnienia gospodarczego, historyczny szczyt jest w zasięgu. Popyt powoli i systematycznie będzie się budował. Do połowy przyszłego roku poziom 1600 dolarów za uncję jest możliwy do osiągnięcia.

Poruszył pan wątek walutowy, którego też nie można pominąć, jeśli mówimy o rynku surowców. Wciąż właśnie mamy do czynienia z mocnym dolarem.

Dolar za bardzo nie miał alternatywy. Europa bowiem też ma swoje problemy. Chodzi m.in. o kwestię brexitu, dochodzą do tego kłopoty gospodarcze. Z kolei gospodarka Stanów Zjednoczonych przez poprzednie miesiące wydawała się być odporna na wszystkie zewnętrzne czynniki. Teraz okazuje się jednak, że Stany Zjednoczone dołączają do globalnego trendu. W pewnym momencie inwestorzy mogą więc zacząć szukać alternatyw dla dolara. Kiedy Fed będzie obniżał stopy procentowe inwestorzy też mogą zacząć szukać innych okazji poza obligacjami skarbowymi USA, które napędzają dolara. Ciężko jednak powiedzieć, kiedy faktycznie może do tego dojść. PRT

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA