W ubiegłym tygodniu doszło do umiarkowanej poprawy nastrojów na naszej giełdzie. Warte podkreślenia jest tu słowo ?nastroje?, bowiem najwięcej można było zarobić na tym instrumencie, który najlepiej oddaje sentymenty rynku, czyli kontraktach terminowych. Wzrosły one zarówno w ujęciu absolutnym, jak i względnym, jako że baza wobec instrumentu bazowego zmieniła się z -60 punktów do +12 punktów w trakcie wczorajszego dnia. Ta metamorfoza to z pewnością efekt dwóch czynników. Po pierwsze, jakieś 10 dni temu mieliśmy do czynienia z przejawem prawdziwej paniki na rynku akcji, a to, jak wiadomo, często sygnalizuje zmianę trendu. Po drugie, ostatnie sesje zeszłego tygodnia przyniosły znaczną poprawę notowań na giełdach światowych, zwłaszcza na amerykańskim Nasdaqu, który z kolei nadal jest głównym wyznacznikiem koniunktury na rynkach wschodzących. Niestety, patrząc na zachowanie poszczególnych walorów na warszawskiej giełdzie trudno przynajmniej na razie o dalekosiężny optymizm. Rosną tylko akcje mniejszych i średnich firm, natomiast na takich papierach, jak TP SA, Elektrim czy niektóre banki nadal przeważa podaż ze strony zagranicznych inwestorów, a bez udziału tych akcji we wzrostach trudno liczyć na jakieś silniejsze odbicie całego rynku. W tej sytuacji pozostaniemy chyba jeszcze przez jakiś czas w stanie względnej stabilizacji i na wykształtowanie się trwałego trendu przyjdzie nam poczekać na sygnał ze Stanów. Statystyki historyczne przemawiają na korzyść wzrostów, natomiast jeśliby, mimo trzech obniżek stóp procentowych, amerykańska giełda wkrótce znowu zaczęła spadać, świadczyłoby to bardzo źle o percepcji sytuacji gospodarczej przez tamtejszych inwestorów.