Jest kiepsko. Ale przecież przynajmniej trzy razy przerabialiśmy już scenariusz męczącej jazdy w poziomiez głową w dół. I jakoś przeżyliśmy.

Giełdowi weterani pamiętają pewnie jeszcze te czasy (1991?1992 r.), gdy na wieść o tym, iż ktoś gra na giełdzie pukano się znacząco w czoło. WIG nie tylko nie chciał rosnąć, ale jeszcze ? skubany ? na początku nawet spadał, narażając na drwiny tych śmiałków, którzy ? niczym pionierzy ? wypuścili się na zdradliwe giełdowe wody. Ale to właśnie ci wykpiwani okazali się wielkimi wygranymi. Jeśli wytrzymali do roku 1993 czy początków 1994 i zdążyli sprzedać...Wielkim stresem był także nie tyle okres totalnego rozczarowania zaraz po krachu 1994 r., ile wielomiesięczne kolebanie indeksu w latach 1994?1995. Zamiast spodziewanego trwałego odbicia i odreagowania wielkiego upokorzenia, była długa klapa. Ale potem przyszło ożywienie roku 1996. I długo oczekiwana nagroda.Te dwa wspomniane okresy ?horyzontalne? były chyba najcięższe. Zwłaszcza że realna strata z inwestycji w owym czasie była znacznie wyższa niż później (z uwagi na bardzo wysoki poziom inflacji, kosztów kredytu i utraty zysków z lokat alternatywnych ? w tym wolnych od ryzyka). Niemniej już w 1997 r. znowu przyszedł czas męki (trwał do 1998 r.). I to też przecież przeżyliśmy.Jak jest teraz ? nie trzeba mówić. Z niepokojem patrzę na pustawe POK-i. Na niską aktywność graczy, przekładającą się na marną płynność na wielu papierach. Na tkwiący w marazmie rynek. Nie ma się co bujać. Przy sprzyjających wiatrach, w krótkim czy średnim terminie giełdowy rejs są w stanie wytrzymać nerwowo i finansowo nawet teoretycznie konserwatywni ciułacze. Ale w regatach długoterminowych liczą się już tylko twardziele. Jednak i oni potrzebują nadziei, że ? jak po wielkiej flaucie z lat 1991?92 a potem 1994?95 i 1997?98 ? i po obecnej bessie czeka nas nagroda. I doczekają się. Problemem pozostaje ? drobiazg ? określenie poziomu spodziewanego twardego dna. Osobiście nadal obstaję przy kumulacji w obszarze 1000?1200 (co nie oznacza kupowania na łapu-capu, tylko wyboru kilku fajnych papierów).A swoją drogą ? ewentualny spadek WIG20 do sugerowanych na liście dyskusyjnej (na razie raczej żartem...) poziomów trzycyfrowych (np. 650 pkt., trochę z sufitu chyba...) uznałbym za dewiację socjologiczną. Taki krach, którego wykluczyć nie można, byłby katastrofą chyba dla większości tych, którzy jakieś akcje w ogóle jeszcze mają (a na dodatek lewarują się, ile sił). Prawdopodobieństwo takiej ostrej jazdy zwiększy się jednak, gdyby gospodarka ? a wraz z nią kondycja spółek ? osunęła się w przepaść, w którą ? przez arogancję (i ignorancję) polityków coraz mniej rozważnie zagląda. A wtedy czekanie na upragnioną i nieodległą hossę okaże się tylko myśleniem magicznym.

[email protected]