Modelowym przykładem takiego uzależnienia są "tygrysy azjatyckie" (Tajwan, Hongkong, Singapur, Malezja, Korea Płd.), które swoje zaawansowane technologicznie wyroby sprzedają głównie do Stanów Zjednoczonych, Eurolandu i Japonii (zresztą słabość popytu w tym akurat przypadku jest silnie odczuwana także ze względu na przedłużającą się zapaść jeśli chodzi o nakłady inwestycyjne na IT). Po rachitycznym wzroście PKB w II kwartale 2001 roku III kwartał przyniósł już spadek tego agregatu w Stanach Zjednoczonych, co zostało odebrane przez większość inwestorów jako zapowiedź prawdziwej recesji (po raz pierwszy od lat 1990-1991). Gospodarki europejskie i japońskie prosperują jeszcze gorzej.
Drugim czynnikiem skutecznie zniechęcającym inwestorów od angażowania się na emerging markets w III kwartale br. były kłopoty gospodarcze dwóch największych rynków Ameryki Południowej - Argentyny i Brazylii. Kłopoty Argentyny znane są powszechnie nie od dziś. Ostatnia decyzja rządu o jednostronnym zmniejszeniu oprocentowania obligacji* oznacza de facto przyznanie się do bankructwa (po raz pierwszy od odmowy spłaty GKO przez rząd rosyjski w 1998 roku). Olbrzym śpiący na worku złota, czyli Brazylia, wprawdzie nie realizuje scenariusza pełnoobjawowego kryzysu gospodarczego, jak to ma miejsce w przypadku Argentyny, jednak ewidentnie zmierza ku zdecydowanemu wyhamowaniu rozwoju. Mimo że powiązania brazylijsko-północnoamerykańskie są o wiele bardziej ścisłe, na przypływ kapitału ze Stanów Zjednoczonych trudno liczyć w obecnym stanie.
Trzecim wreszcie czynnikiem dekoniunktury na emerging markets i w odróżnieniu od pozostałych dwóch, których objawy można było zauważyć z pewnym wyprzedzeniem, niespodziewanym, był zamach terrorystyczny na nowojorskie World Trade Center. Następstwem ataku terrorystów było pogorszenie klimatu inwestycyjnego na wszystkich rynkach, w tym wschodzących, uznawanych za najbardziej ryzykowne. Obawy inwestorów instytucjonalnych najpełniej oddawało zjawisko przechodzenia do aktywów wysokiej jakości (high-grade) od aktywów o wysokiej stopie zwrotu (high-yield). Profile inwestycyjne wielu firm i rządów z krajów uprzemysłowionych odpowiadają wyobrażeniom zarządzających na temat wysokiej jakości, czego nie sposób powiedzieć o korporacjach rodem z rynków wschodzących.
Spadek zaufania do emerging markets widać najwyraźniej w przypadku głównych klas aktywów. MSCI Emerging Markets Free (indeks Morgan Stanley dla rynków akcji) spadł w III kwartale o 23,4% (wobec 3,1-proc. wzrostu kwartał wcześniej). Nie lepiej było na rynku obligacji, gdyż indeks EMBI+ powiększył znacząco spread do 1005 pkt. bazowych powyżej oprocentowania amerykańskich T-bills i zdecydowanie zbliżył się do poziomu, obserwowanego ostatnio w czasie zawirowań rosyjskich i azjatyckich przed trzema laty.
Takie zachowanie się dwóch najbardziej popularnych klas aktywów może oznaczać znaczny wzrost awersji do ryzyka. I rzeczywiście, indeks amerykańskiego banku inwestycyjnego J.P. Morgan - J.P. Morgan LCPI (Liquidity and Credit Premia Index) przekonuje, że właśnie z tym mieliśmy do czynienia. Indeks ten składa się z dwóch subindeksów: wskaźnika płynności (rozumianego jako spread pomiędzy amerykańskimi obligacjami skarbowym a swapami na te obligacje) oraz wskaźnika premii kredytowej (do jego obliczania służą spread amerykańskich obligacji o wysokiej stopie oprocentowania, indeks obligacji rynków wschodzących EMBI, indeks J.P. Morgan Global Risk Aversion i zakładana zmienność kursów walutowych najważniejszych jednostek monetarnych na świecie). W sumie jest to dosyć skomplikowany wskaźnik. Jest on jednak uznawany za jedną z miar najlepiej oddających awersję inwestorów do ryzyka. Po uruchomieniu zawieszonych wskutek ataku 11 września notowań na giełdach nowojorskich J.P. Morgan LCPI osiągnął swoje tegoroczne maksimum, zbliżone wartością do poziomu z okresu kryzysu rosyjskiego (1998), brazylijskiego (1999) czy tłumnej wyprzedaży amerykańskich obligacji o wysokim oprocentowaniu tuż po uformowaniu szczytu wiosną 2000 roku.