Rynek akcji w USA kontynuował w minionym tygodniu zwyżkę, będącą odzwierciedleniem nadziei inwestorów na nadejście w 2002 roku silnego ożywienia gospodarczego. Tempo wzrostu głównych amerykańskich indeksów, notowane od czasu ustanowienia wrześniowego minimum, jest porównywalne jedynie z dynamiką odbicia z dna bessy z 1998 roku (indeks S&P 500 zyskał w ciągu minionych 11 tygodni 21% wobec rekordowych 24,5% zysku notowanych w ciągu podobnego okresu w grudniu 1998 roku). Sądzę, że globalny rynek akcji "ma rację", dyskontując z wyprzedzeniem ożywienie gospodarcze 2002 roku, "popełnia jednak błąd", najwyraźniej przeceniając dynamikę tego ożywienia, która zdeterminuje dynamikę zysków spółek, wyznaczając zarazem uzasadnione poziomy ich wyceny. Szanse na trwały powrót 4-5-proc. tempa wzrostu PKB w USA wydają się mizerne, a i w naszym kraju raczej trudno oczekiwać w przyszłym roku 6-proc. tempa wzrostu gospodarczego, analogicznego do tego osiągniętego w IV kw. 1999 r. i I kw. 2000 r. Sądzę, że rozpoznanie tego "błędu" w ocenie nastąpi po osiągnięciu przez światowe indeksy poziomów wiosennych maksimów, do których jest jeszcze sporo miejsca.
Nasz rynek akcji ostatnio osłabł, a dotychczasowa struktura trwającej od przełomu września i października zwyżki głównych indeksów przypomina ciągle poprzednie nieudane próby przełamania bessy. Co prawda, skala wzrostu WIG20 (+35,2%) była znacznie większa niż w przypadku poprzednich korekt rozpoczętej w marcu 2000 r. bessy (maksymalnie +23,2), to jednak niepokojący jest fakt, że zakończył się on dokładnie na poziomie minimum poprzedniej fali wyprzedaży (1338 14.11 wobec 1317,3 4.04). Dokładnie w ten sam sposób załamały się dwie poprzednie korekty bessy z końca 2000 r. i wiosny 2001 r.