Można z dużym prawdopodobieństwem domniemywać, że amerykańscy
menedżerowie portfeli i funduszy różnej maści prześcigają się obecnie w wyliczaniu, kto kiedy zdążył wyskoczyć z pakietu akcji Enrona. Choć dwa lata wcześniej najpewniej chwalili się, jaką to fantastyczną spółkę odkryli. Coś jak z naszym elkiem czy Netią. Chętnych, którzy przyznawaliby się do posiadania tych papierów - poza najbardziej widocznymi graczami - jakoś brakuje. Oczywiście, poza etatowymi gawędziarzami, którzy z każdej transakcji wyciskają rewelacyjne zyski...
Z Enronem, elkiem i Netią jest tak, jakby nikt nigdy tych papierów nie dotykał. Więcej, każdy wiedział, co się stanie. Strasznie przewidujący ten kapitałowy światek. Szkoda tylko, że NAPRAWDĘ nie jesteśmy tak mądrzy, jak się nam wydaje. Bo gdyby tak było, to leżelibyśmy pewnie na jakichś Karaibach, z zimnym kuflem w ręce i jakąś fajną blondynką przy boku. Ale skoro Amerykanie też na wszelki wypadek się chwalą, że kiedyś sprzedali bombę enronową, to dlaczego i my nie mielibyśmy trochę pomitologizować... Może niektórym pomaga to zredukować stres.
Ale do rzeczy. Czytając kolejne wydanie kochanego tygodnika "Barron`s", poznajemy sylwetkę Judith Saryan. Owa pani zarządza malutkim, jak na amerykańskie standardy, funduszem. Raptem marnych 400 milionów dolarów, upakowanych w "utilities", czyli, w tym przypadku, w spółki energetyczne i telekomunikacyjne. Notabene, pani Judith także się chwali, że sprzedała papiery Enrona na przełomie 2000 i 2001 roku, gdy wskaźnik P/E (cena/zysk) sięgał poziomu 45 i zarobiła cztery miliony. Gratuluję mocnych nerwów - pani twierdzi, że sprzedała papiery, bo uznała je za zbyt drogie. Myślę, że wielu z nas opchnęłoby je znacznie wcześniej i przy niższym poziomie P/E (dodajmy, w USA uwzględniającym prognozy, a nie historyczne wyniki).
- Nie jesteśmy na rynku byka - mówi Judith Saryan. Jej zdaniem, trzeba być bardzo elastycznym. Przypomina także o żelaznych zasadach inwestowania. Przede wszystkim o kontrolowaniu dopuszczalnego poziomu strat. Dla niej takim limitem jest 15-20%. Taka skala spadku kursu kupionych przez nią papierów sprawia, iż są one wyrzucane z portfela. Po to, by świadomie kontrolować własne straty. Takie to niby proste, ale jak doskonale wiemy, piekielnie trudne w praktyce. Bo realizacji strat i zysków przeszkadza złudzenie, że rynek pójdzie tam, gdzie sobie wymarzymy. A to zwykle słono kosztuje.