Reklama

Uważaj na rachunek z enronową bombą

Publikacja: 06.03.2002 08:33

Można z dużym prawdopodobieństwem domniemywać, że amerykańscy

menedżerowie portfeli i funduszy różnej maści prześcigają się obecnie w wyliczaniu, kto kiedy zdążył wyskoczyć z pakietu akcji Enrona. Choć dwa lata wcześniej najpewniej chwalili się, jaką to fantastyczną spółkę odkryli. Coś jak z naszym elkiem czy Netią. Chętnych, którzy przyznawaliby się do posiadania tych papierów - poza najbardziej widocznymi graczami - jakoś brakuje. Oczywiście, poza etatowymi gawędziarzami, którzy z każdej transakcji wyciskają rewelacyjne zyski...

Z Enronem, elkiem i Netią jest tak, jakby nikt nigdy tych papierów nie dotykał. Więcej, każdy wiedział, co się stanie. Strasznie przewidujący ten kapitałowy światek. Szkoda tylko, że NAPRAWDĘ nie jesteśmy tak mądrzy, jak się nam wydaje. Bo gdyby tak było, to leżelibyśmy pewnie na jakichś Karaibach, z zimnym kuflem w ręce i jakąś fajną blondynką przy boku. Ale skoro Amerykanie też na wszelki wypadek się chwalą, że kiedyś sprzedali bombę enronową, to dlaczego i my nie mielibyśmy trochę pomitologizować... Może niektórym pomaga to zredukować stres.

Ale do rzeczy. Czytając kolejne wydanie kochanego tygodnika "Barron`s", poznajemy sylwetkę Judith Saryan. Owa pani zarządza malutkim, jak na amerykańskie standardy, funduszem. Raptem marnych 400 milionów dolarów, upakowanych w "utilities", czyli, w tym przypadku, w spółki energetyczne i telekomunikacyjne. Notabene, pani Judith także się chwali, że sprzedała papiery Enrona na przełomie 2000 i 2001 roku, gdy wskaźnik P/E (cena/zysk) sięgał poziomu 45 i zarobiła cztery miliony. Gratuluję mocnych nerwów - pani twierdzi, że sprzedała papiery, bo uznała je za zbyt drogie. Myślę, że wielu z nas opchnęłoby je znacznie wcześniej i przy niższym poziomie P/E (dodajmy, w USA uwzględniającym prognozy, a nie historyczne wyniki).

- Nie jesteśmy na rynku byka - mówi Judith Saryan. Jej zdaniem, trzeba być bardzo elastycznym. Przypomina także o żelaznych zasadach inwestowania. Przede wszystkim o kontrolowaniu dopuszczalnego poziomu strat. Dla niej takim limitem jest 15-20%. Taka skala spadku kursu kupionych przez nią papierów sprawia, iż są one wyrzucane z portfela. Po to, by świadomie kontrolować własne straty. Takie to niby proste, ale jak doskonale wiemy, piekielnie trudne w praktyce. Bo realizacji strat i zysków przeszkadza złudzenie, że rynek pójdzie tam, gdzie sobie wymarzymy. A to zwykle słono kosztuje.

Reklama
Reklama

Stare prawdy, ale warte powtarzania. Nie dopuszczaj do powstania strat, których nie możesz tolerować ani odrobić. Pozwól rosnąć zyskom, ale załóż także poziom wyjścia z rynku. Niech nie zaślepia cię chciwość i nie paraliżuje strach. Jak poucza Judith Saryan, atutem inwestora jest umiejętność zebrania własnych pieniędzy i odejścia od stołu, gdy papiery stają się zbyt drogie.

I, co bardzo ważne, zwracaj uwagę także na to, CO kupujesz. Bacz, byś nie obudził się z Enronem na rachunku. Bo bomby tego rodzaju demolują bez litości finanse swoich ofiar. Przede wszystkim więc sprzedaj portfel zanim okaże się, że papier, który kupiłeś, to bomba enronowa.

PS Á propos mitomanów - już słyszę te opowieści o złotym strzale na Netii. Teraz się pewnie okaże, że wszyscy kupowali w dołku...

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama