Trzeba czegoś więcej niż tylko insynuacje, żeby analitycy bankowi przestali się wypowiadać na temat banku centralnego i stóp procentowych. Trzeba by, na przykład, uchwalić zakaz. Wtedy będziemy mówić, co myślimy, ukryci pod pseudonimami. I trzeba będzie uchwalić kolejny zakaz mówienia o banku i stopach inaczej niż większość parlamentarna. Kiedy taki stan idealny zostanie już osiągnięty, kiedy oficjalne stopy ostrzyżone zostaną do zera, kiedy w Radzie Polityki Pieniężnej, liczącej 35 członków, zasiądą przedstawiciele rolników, leśników, pielęgniarek, hutników oraz poseł Giertych z ramienia opozycji, wtedy my, analitycy pracujący dla prywatnych banków, przejdziemy do podziemia.
I tam dalej będziemy mówili o tym wszystkim, o czym wiedzą studenci pierwszego roku ekonomii.
Będziemy powtarzać, że bank centralny jest od stabilności pieniądza - rząd od polityki gospodarczej.
Będziemy powtarzać, że rozmywanie jasnego podziału kompetencji i odpowiedzialności kończy się zawsze fatalnie dla pieniądza i sfery realnej.
Będziemy powtarzać, że wspólną troską rządu i banku centralnego powinno być zwiększanie społecznej awersji do inflacji, bo bez tego mamy albo uporczywą inflację, powodującą nieefektywną alokację kapitału, podniesienie kosztów pracy przez mechanizmy indeksacyjne i trudności z racjonalizacją struktury wydatków budżetu, albo płacimy za dezinflację wysoką cenę w postaci dużo większej niż trzeba luki popytowej, bo wyższe są oczekiwania inflacyjne.