Zacznijmy od tajemniczych założeń. Zastanawia, dlaczego 3--krotnie szybszy wzrost gospodarczy łączy się ze spadkiem deficytu budżetowego ledwie o 0,3% PKB? Skoro tempo wzrostu zmienia się z 0,9-1,2% w br. do 3% w roku przyszłym, to dlaczego deficyt budżetu państwa maleje tylko z 5,3 do ok. 5%? Przy tak znacznym przyspieszeniu wzrostu i obowiązującej regule limitowania wydatków deficyt powinien spaść znacznie bardziej. Chyba że tempo wzrostu dochodów budżetu w tym rachunku jest zbliżone do tempa wzrostu limitowanych wydatków. Ale podobne założenie przy tak znaczącym przyspieszeniu wzrostu gospodarczego byłoby ze wszech miar niepokojące.
Skoro przejście od 1-proc. do 3-proc. wzrostu pociąga za sobą spadek deficytu państwa o 0,3 pkt. proc., to nic dziwnego, że pytanie o przewidywany termin i warunki konieczne dla zrównoważenia finansów publicznych, pytanie stawiane przez wielu inwestorów, zaczyna działać na niektórych jak płachta na byka. Zapowiedzi, że średniookresowe rządowe prognozy deficytu zostaną zrewidowane tak, by zmieścić się w kryterium nominalnej konwergencji z Maastricht, brzmią w tej sytuacji całkowicie niewiarygodnie. Jakiego tempa wzrostu trzeba by było, by deficyt (liczony już jako przyrost zadłużenia netto) spadł o te wymagane blisko 3 pkt. proc.? Aż strach pomyśleć.
Widać doskonale, że kluczem do przyszłorocznego budżetu nie są bynajmniej założenia makroekonomiczne. Jest nim natomiast bez wątpienia kwestia limitu wydatków. Po pierwsze - ważna jest sama wielkość tego limitu. Powinien on zamknąć się w przedziale 190,3-192,4 mld (w zależności od realizacji tegorocznych wydatków i przy założeniu średniorocznej inflacji w 2003 r. na poziomie 3%). Od razu trzeba jednak dodać, że ten limit i tak jest zawyżony, bo do kalkulacji tegorocznego poziomu wydatków, stanowiących bazę dla przyszłego roku, przyjęto średnioroczną inflację 4,5%, czyli o ponad 1 pkt. wyższą od oczekiwanej.
Po drugie - jeszcze ważniejsze są proponowane tajemnicze metody zmieszczenia się w tym tajemniczym limicie. Jeśli większość ministrów pójdzie śladem Andrzeja Celińskiego i zaproponuje dla swoich resortów budżety wsparte na regule "inflacja+1", to wydatki budżetu państwa (po uwzględnieniu zdeterminowanych wydatków stałych) przekroczą 210 mld zł. Po trzecie wreszcie - zapowiedź ograniczenia o blisko połowę deficytu ekonomicznego finansów publicznych jest naturalnie nie do zweryfikowania ex ante przy objęciu limitem wydatków jedynie budżetu państwa. Tyle w kwestii tajemniczości pierwszych przymiarek do projekcji makroekonomicznych na przyszły rok.
A teraz słowo o odwadze. Bardzo odważne wydaje się stwierdzenie głównego doradcy ekonomicznego wicepremiera-ministra finansów, że w najbliższych dwóch latach skupić się powinniśmy zdecydowanie na popytowej, a nie podażowej stronie gospodarki. Rozumieć to trzeba, naturalnie, jako nie wprost sformułowany postulat zamykania luki popytowej przez generowanie wzrostu gospodarczego. Znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak stymulować wzrost przy tak mocno akcentowanym braku zagrożeń inflacyjnych, jest już dziecinnie łatwe. Jak ma wyglądać polityka fiskalna - widać przecież z przyszłorocznych założeń makro.