Nie chcę nikogo do day-tradingu zachęcać, gdyż sposób inwestowania to bardzo indywidualna sprawa, ale postaram się przekonać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, a systematyczny zarobek nie wymaga szczególnych zdolności.
Kontrakty najlepsze
Żeby w ogóle można było uprawiać day-trading, niezbędny jest płynny rynek. Poza tym, aby day-trading miał sens, potrzebne jest zaangażowanie nieco większego kapitału. Inwestując 1 tys. zł czy nawet 5 razy tyle, ciężko odnieść znaczące korzyści ze zmian cen o pół procent. Otwierając większą pozycję, day-trader musi mieć pewność, że w dowolnym momencie sesji będzie mógł ją zamknąć, bez wywierania niekorzystnego wpływu na notowania.
Do tej formy spekulacji, nie tylko na GPW, najlepiej nadają się rynki terminowe. To właśnie na instrumentach pochodnych koncentruje się cała spekulacyjna śmietanka. Zaletą tych instrumentów jest dźwignia finansowa, stanowiąca darmowy "kredyt", pomnażający zyski (lub straty), które liczone w punktach, nie są z reguły w czasie jednej sesji zbyt duże. Oczywiście, możliwe jest także wykorzystywanie day-tradingu przy inwestycjach w akcje, ale zmienność i płynność pojedynczych emisji nie zawsze są zadowalające. Jedyną sensowną możliwość day-tradingu na GPW daje najbardziej płynna seria kontraktów na WIG20.
Jaki jest udział day-tradingu w dziennych obrotach? Nie sposób tego dokładnie sprawdzić, ale według moich szacunków liczba ta nie przekracza kilkunastu procent. Wnioski takie można wyciągnąć z obserwacji liczby otwartych pozycji i obrotów, głównie w końcowej fazie sesji.