Przez ostatnie tygodnie na rynku nie dzieje się zbyt dużo i w średnim terminie cały czas mamy trend horyzontalny. Wczoraj jednak przybrał on dość sadystyczną formę. Zmienność sesji na kontraktach to tylko 12 pkt., co i tak w pełni nie oddaje męczącego marazmu wokół poziomu 1352 pkt.

Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że indeksy zagraniczne od samego rana systematycznie zyskiwały na wartości, a to właśnie zachodnie giełdy mają ostatnio największy wpływ na atmosferę w Warszawie. Rodzime fundusze nie są w stanie same ruszyć rynkiem (ZUS przekazał w tym miesiącu dopiero 230 mln zł - 1/4 średniej miesięcznej kwoty) i jedynie bronią go przed spadkiem pod istotne wsparcia (luki hossy). Aktywność reszty inwestorów ogranicza się do reakcji na wydarzenia na zachodnich giełdach. Wczoraj jednak było inaczej i amerykańskie dane o niższej inflacji (opóźniają podwyżkę stóp procentowych), wyższej dynamice produkcji i lepsze wyniki General Motors pomagały wszystkim tylko nie nam.

Skąd taka bierność GPW? Wydaje się, że coraz więcej inwestorów zauważyło bardzo dużą zmienność nastrojów na rynkach zagranicznych, która z precyzją szwajcarskiego zegarka dokonuje się na każdej kolejnej sesji. Ta reguła stała się ostatnio tradycją i skoro nastrój na GPW zdominowany jest przez zachowanie giełd amerykańskich, to w momencie gdy na zamknięcie polskiej sesji Dow Jones wzrasta o 140 pkt. a Nasdaq o 40 pkt., inwestorzy dochodzą do wniosku, że na kolejnej sesji "muszą być spadki" i zamiast naśladować ruchy zagranicznych indeksów, starają się je wyprzedzać. Jeśli się pomylili i wyniki Intela po sesji nie popsuły dobrej sesji, to dzisiaj nadrabiamy wzrosty i przebijamy opory indeksu na 1360 pkt. i kontraktów w okolicach 1366 pkt. Alternatywą jest, niestety, horyzont.