Była pracownica PZU SA Iwona T. popełniła przestępstwo, zamieszczając ogłoszenie o ich sprzedaży w internecie. Skierowała je w ten sposób do nieokreślonych adresatów - poinformowała PAP Katarzyna Konwerska-Grześkowiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej. A ponieważ każdy oferujący akcje spółki do więcej niż 300 osób musi otrzymać zgodę KPWiG, a Iwona T. tego nie uczyniła, powinna biedaczka na wszelki wypadek zacząć się pakować, gdyż grozi jej do 2 lat więzienia. Jeśli sąd będzie wyrozumiały, nie pójdzie siedzieć, a jedynie zapłaci maksymalnie 1 mln zł grzywny. Sukces prokuratury, która, mam wrażenie, chwali się tym osiągnięciem, jest bardzo duży. Złapanie, czyli namierzenie oferującego w internecie akcje osobnika (który zazwyczaj nie ma pojęcia, że coś takiego jak ustawa o publicznym obrocie w ogóle istnieje) musi być niezwykle trudne. Trzeba przecież oddzwownić do oferującego albo mu odpisać, udając zainteresowanie ofertą. Jak złapie haczyk, to mamy gagatka i już można go na talerzu dostarczyć do prokuratury. Sukces prokuratury jest tym większy, że w innych toczących się od wielu lat postępowaniach z zakresu przestępstw na rynku kapitałowym jakoś nie chwali się ona osiągnięciami. Może nie ma czasu, bo wszyscy przecież wiemy, że od wielu lat skutecznie i bezlitośnie tropi przestępców na rynku kapitałowym razem z KPWiG. Sądy zaś z pełną bezwzględnością wsadzają ich do paki, wymierzają wysokie grzywny i zabierają zarobiony "na lewo" majątek.
Pani Iwono T. Proszę, niech Pani nie będzie taka smutna. Ja wiem, że o Pani nie było w głównym wydaniu Wiadomości. Prasa też potraktowała Panią po macoszemu, gdyż w nie każdym dzienniku była wzmianka o Pani występku. Ale niech Pani zrozumie. Temu Panu z PKN- u, o którym było kilka miesięcy temu naprawdę głośno, też co prawda groziło za złamanie innego artykułu ustawy o publicznym obrocie tak jak Pani do 1 mln zł grzywny, ale on za swój groźniejszy kryminalny czyn mógł posiedzieć maksymalnie nie 2, ale aż 3 lata. Dlatego też w tym przypadku prokuratura musiała prosić o pomoc UOP. Później okazało się, że nie wiadomo, kto prosił, ale przecież nie o to chodziło. Chodziło o to, by pokazać całej Polsce, że mówimy zgodnym chórem - tym przebrzydłym przestępcom giełdowym stanowcze nie!!!!!! i wskazać, gdzie jest ich miejsce.
Stanowcze nie - z pewnością mówi też były prezes PZU Życie Grzegorz W. Tylko, że zza więziennych murów słabo to "nie" słychać. Jak bowiem można kolejny raz wertować zakupione "na czas zadumy" przed aresztowaniem książki. Musi przecież znać je już na pamięć. Skąd mógł biedak wiedzieć, że tak długo będą dzielni chłopcy z prokuratury zbierać na niego materiał dowodowy. Pan Grzegorz powinien na podstawie swych wspomnień napisać własną książkę, w której wytłumaczyłby pani Iwonie T., dlaczego do tej pory PZU nie jest spółką publiczną.
Pani Iwono. Mam nadzieję, że nie podzieli Pani losu Grzegorza W., chociaż łączyła Was praca w jednej grupie kapitałowej. Chyba że na ochotnika wkroczy Pani na ścieżkę recydywy i na złość wszystkim jeszcze raz zaoferuje akcje PZU w internecie. Wówczas może na Panią spłynąć sława i splendor pierwszego w Polsce więźnia "kapitałowego", bo do tej pory nikogo takiego w ciągu 12 lat nie udało się skazać i wsadzić. Niech się Pani zlituje. Przepracowanemu wymiarowi sprawiedliwości tak potrzebny jest w tej dziedzinie sukces.