Od początku br. na NYSE odbyło się 27 debiutów, których łączna wartość sięgnęła 14 mld USD. Tymczasem na Nasdaq w tym samym okresie pojawiło się 16 nowych emitentów. Wartość ich debiutów była znacznie mniejsza i wyniosła 1,55 mld USD. Warto podkreślić, że NYSE wyprzedziła Nasdaq pod względem liczby debiutów po raz pierwszy od ponad 10 lat. Jeśli chodzi o wpływy rynków z opłat związanych z tymi operacjami, również NYSE zdecydowanie przewodzi. Pozyskała ona w tym roku już 1,4 mln USD, podczas gdy "rywal zza miedzy" musiał zadowolić się kwotą 600 tys. USD. Dla Nasdaq najbardziej udane były do tej pory lata 1999-2000, kiedy to rynek ten górował nad rywalem z Wall Street nie tylko pod względem liczby nowych emitentów, lecz również pod względem wartości IPO. W rekordowym 1999 r. przekroczyła ona 35 mld USD. Takiego wyniku giełda nowojorska nie zanotowała ani razu w ostatniej dekadzie.
Rozczarowujące dla Nasdaq dane pobudziły spekulacje, że rynek ten poczyni drastyczne zmiany jeśli chodzi o warunki debiutów, by zachęcić potencjalnych emitentów. Wprawdzie ogólnie warunki wejścia na Nasdaq są bardziej liberalne niż w przypadku NYSE, opłaty dla spółek również są niższe, jednak - według wielu obserwatorów - to nie wystarcza. Tymczasem oczekiwaniom, że dojdzie do rewolucyjnych zmian na Nasdaq, zaprzecza wiceprezes tego rynku David Weild. Dość agresywnie wypowiedział się też na temat konkurencyjnej nowojorskiej giełdy. Przyrównał NYSE do dinozaura. Podkreślił, że jest przekonany, iż na koniec roku Nasdaq znów będzie górą pod względem liczby debiutów. - To jest tylko krótkoterminowa tendencja, wynikająca ze spadku zaufania do branży high-tech. W ubiegłym tygodniu odbyło się na naszym rynku aż 5 debiutów, co pokazuje, że sytuacja zaczyna się zdecydowanie poprawiać - przekonuje David Weild.