Robert Rhea* określił linię jako "ruch cenowy trwający 2-3 tygodnie lub nawet dłużej, podczas którego oba indeksy poruszają się w zakresie 5-proc. odchylenia od swej średniej. Ruch taki wskazuje na akumulację bądź dystrybucję". W czasie akumulacji akcje przechodzą w silne ręce (przez silne ręce rozumiem tutaj przekonanych o swojej racji inwestorów, którzy nie rzucą się do wyprzedaży akcji po niewielkim spadku lub po byle jakim wzroście), co zapowiada hossę. Dystrybucja jest działaniem przeciwnym akumulacji - w czasie jej trwania akcje przechodzą w słabe ręce.**
Czy linia jest dystrybucją czy akumulacją, przekonujemy się po tym, jak ceny wybiją się z niej. Przekroczenie górnego ograniczenia linii zapowiada dalszy wzrost kursów, spadek poniżej dolnej granicy linii to zapowiedź spadków.
Te teoretyczne założenia dotyczące wybicia nie najlepiej sprawdzają się w ostatnim czasie na GPW - przynajmniej jeśli chodzi o indeks WIG20. Wskaźnik mierzący koniunkturę wśród największych spółek wybił się z marazmu 16 maja, osiągając najwyższą wartość od dwóch miesięcy. Zgodnie z teoretycznymi założeniami, taka sytuacja zapowiada dalsze wzrosty cen. Tymczasem na naszym rynku już dzień po wybiciu było po wszystkim. WIG20 został ściągnięty z 1414 pkt. w czasie sesji do 1385 pkt. na zamknięcie, przy bardzo wysokich obrotach. To pokazuje, że w szeregach byków nie ma dość determinacji, żeby zaatakować styczniowy szczyt (1464 pkt.).
Dlaczego nie flaga
Zamiast kontynuacji wzrostu mamy kolejny trend boczny, jeszcze gorszy od poprzedniego. Najwyższe zamknięcie sesji w trakcie tej tendencji wyniosło 1393 pkt., najniższe to piątkowe 1365 pkt. Tak niska zmienność indeksu, następująca po gwałtownym wzroście, może sugerować, że mamy do czynienia z flagą. To formacja występująca w trakcie silnych trendów, dzieląca dynamiczny ruch cen na połowę. W trakcie jej kształtowania następuje stopniowy spadek obrotów, aż do ich całkowitego niemal zaniku.