Największe na świecie towarzystwo ubezpieczeniowe - Lloyd's of London - po raz piąty z kolei odnotowało stratę.
Na koniec 2001 r. wyniosła ona 3,1 mld funtów. Towarzystwo spodziewało się straty, ale oczekiwano, że będzie ona o połowę niższa i wyniesie 1,56 mld funtów. To już trzeci przypadek, gdy odnotowana strata jest większa od zakładanej. W 1999 r. szacowano, że towarzystwo straci 1,67 mld funtów - w efekcie było to 1,95 mld. Rok później spodziewano się straty rzędu 1,2 mld funtów. W rzeczywistości wyniosła ona 1,72 mld. Najgorszy okazał się ubiegły rok, w którym strata była dwukrotnie większa od oczekiwanej. Główna to tragedia w USA z 11 września. Atak na World Trade Center uderzył we wszystkie towarzystwa ubezpieczeniowe - w niektóre bezpośrednio, w inne poprzez zwyżki cen składek reasekuracyjnych.
Przypadek Lloyd`sa jest jednak gorszy. Firma ta, choć notowana na londyńskiej giełdzie, ma bardzo skomplikowany i nieczytelny układ właścicielski. Lloyd's of London jest bowiem konglomeratem wielu towarzystw ubezpieczeniowych, w których jako grupa ma większościowe udziały. W praktyce trudno zorientować się co, do kogo należy i kto odpowiada za błędne decyzje strategiczne. Brytyjski moloch znajduje się pod silną presją akcjonariuszy, którzy żądają większej jawności informacji. Najprawdopodobniej ogromna strata za 2001 r. będzie gwoździem do trumny dotychczasowej struktury Lloyd'sa. Firmę czeka poważna restrukturyzacja, czyszczenie bilansów (napawających szczególną obawą po aferze amerykańskiego Enronu), a być może nawet zmniejszenie zakresu działalności.
Analitycy przewidują, że nawet najmniejsza reforma konglomeratu zajmie kilka lat. Zwracają uwagę, że nie ma jednak innego wyjścia: strategia rozwoju Lloyd'sa powstała jeszcze w XIX wieku i od tamtej pory nie uległa poważnym zmianom.
Problemem Lloyd'sa nie jest jednak strategia, lecz skala. To wskutek niej plan biznesowy przestaje być wydolny. Decyzje są o tyle trudne, że nikomu nie zależy na zmniejszaniu siły finansowej i udziałów w rynku brytyjskiego giganta.