Sesja miała być dyskontowaniem dymisji ministra finansów. Przy fatalnych rynkowych nastrojach rzucenie kolejnej belki pod nogi byków nie mogło zostać nagrodzone inaczej, jak szybką przeceną na otwarcie. Rynek jednak nie wpadł w spiralę spadku, a poranne transakcje poniżej 1170 pkt. okazały się minimum sesji. Inwestorzy odejście Belki odebrali jak "rynkowe katharsis" i solidarnie stwierdzili, że gorzej być już nie może. Każdy wyczekuje korekty i druga część sesji była już tylko wynikiem tego strachu. Inwestorzy mają w pamięci, jak dynamiczne potrafią być odbicia, niezależnie od sensu takiego wzrostu, czego majowe wybicie jest najlepszym przykładem.
Na najbliższej sesji warto zwrócić uwagę na dwa poziomy. Pierwszy jest oporem wyznaczonym przez linię trendu spadkowego, na której wysokości przebiega również średnia krocząca. Wprawdzie bardziej wiarygodną barierą dla popytu jest ostatnia luka bessy, ale odległość do niej wydaje się już zbyt duża. Pokonanie wspomnianej linii powinno dać nieco optymizmu. Sama obrona wsparcia i tak mała korekta, jak wczoraj, nie są jeszcze podstawą do ucieczki z krótkich pozycji. Wsparcia zresztą w tak mocnych trendach spadkowych traktuje się z przymrużeniem oka. Mowa o obszarze 1155-70 pkt., gdzie zbiera się kilka ważnych poziomów. Tutaj mamy dołek z grudnia, psychologiczną barierę wyznaczoną przez poziom z dnia ataku na WTC, oraz ostatnie (61,8%) zniesienie całej fali wzrostowej od początku października. Do tego zniesienia przywiązuję dość dużą wagę, gdyż z reguły jego pokonanie oznacza nieuniknione zniesienie całej fali wzrostowej (lub spadkowej). Wprawdzie trudno wyobrazić sobie nowe minima bessy, ale Amerykanie też nie mogli w nie długo uwierzyć. Lepiej, by ta "ostatnia instancja", jeszcze trochę się utrzymała.