Już wczorajsze otwarcie pokazało, że nie spełniły się nadzieje tych analityków, którzy liczyli na uspokojenie nastrojów na rynku walutowym po weekendzie. Na początku handlu dolar kosztował 4,1405, czyli stracił ponad 2 gr wobec piątkowego zamknięcia, ale za to dużo zyskało euro - wczoraj rano kosztowało 4,0960 zł wobec 4,0522 zł w piątek wieczorem. Potem nastąpiło lekkie wzmocnienie złotego, nie trwało jednak długo i nasza waluta zaczęła tracić na wartości. Pod koniec handlu za jednostkę wspólnej waluty płacono już 4,1240 zł. Zdrożał także dolar, choć w nieco mniejszym stopniu - do 4,18 zł.
Ekonomiści nie mają wątpliwości - osłabienie złotego jest skutkiem niepewności panującej na rynku, gdyż inwestorzy czekają na pierwsze deklaracje nowego ministra. - Rynek nadal chce się dowiedzieć, czy jego wcześniejsze propozycje - dewaluacji złotego i następnie związania jego kursu na sztywno z euro - nadal są aktualne - powiedział Marcin Mrowiec, analityk BPH PBK. - I czy będą one wiążące dla rządu.
Mało tego, ucieczka inwestorów zagranicznych z Polski, zauważalna wcześniej na rynku walutowym, stała się w poniedziałek widoczna także na rynku pieniężnym.
- Rentowności obligacji pięcioletnich wzrosły w poniedziałek o ok. 10 pkt. bazowych w stosunku do piątku - powiedział Jacek Wiśniewski, szef biura prognoz rynkowych banku Pekao SA. - Inwestorzy boją się ryzyka, a ponieważ nie mają informacji na temat przyszłej polityki fiskalnej, od której będą zależały w przyszłości stopy procentowe, niektórym puszczają nerwy.
Nadal więc trwa wyprzedaż złotego, która zaczęła się we wtorek wraz z rezygnacją Marka Belki z funkcji ministra finansów. Od tamtego dnia złoty stracił już 4,43% wobec dolara i prawie 4,9% wobec euro. Inwestorów nie uspokoiły sobotnie zapewnienia premiera Leszka Millera, że rząd nie dyskutował o dewaluacji złotego. Zwłaszcza że premier użył słowa "jeszcze". Także nowy minister finansów nie zyskał zaufania rynków, mówiąc, iż chciałby, aby czas jego urzędowania został zapamiętany jako okres wzrostu produkcji i spadku bezrobocia, ale przy zachowaniu dyscypliny finansów publicznych. Analitycy żądają od niego więcej.