Sesje na GPW stały się obecnie naśladowaniem światowych nastrojów. Wczoraj w całej Europie mieliśmy kontynuację fali spadkowej, której dramatyzm widać było najlepiej na niemieckim indeksie. Polskie kontrakty zagubione w chaosie światowych giełd często, niestety, traktują ten indeks nawet z większą uwagą, niż rodzimy WIG20.

Rano jeszcze tak źle nie było i po minusowym otwarciu udało się kontraktom doprowadzić nawet do testowania wczorajszego zamknięcia. Jednak panika w Eurolandzie nie pozostawiła naszemu rynkowi żadnego wyboru. Zaczęło się właśnie od wspomnianego DAX, gdzie kilkuprocentowa przecena (zaledwie w paręnaście minut) posłała nas na głębokie minusy i kiedy w godzinach popołudniowych pojawiły się teorie o dniu kapitulacji, kolejna paniczna wyprzedaż w Niemczech sprowadziła tamtejszy indeks 7% poniżej zamknięcia. Mimo ostatniej mocnej fali spadkowej na wszystkich giełdach, nie oglądaliśmy jeszcze takiego dramatu. Wynikiem tego było nowe minimum (1169 pkt.) na kontraktach, jeszcze bardziej oddalające perspektywę wyjścia choćby nad malutką poniedziałkową lukę bessy, co jest niezbędne do powrotu optymizmu i choć chwili oddechu od spadków.

Czy wczorajsza przecena to już "TO"? Do zakończenia fali spadkowej, wbrew powszechnej opinii, niepotrzebna jest żadna silna przecena, ale silne odreagowanie, przełamujące fatalne nastroje. Giełdowe dramaty oglądamy przecież ostatnio codziennie, a żaden nie zakończył spadków. Co mogłoby odwrócić trend? Bliskość takiego wydarzenia zwiastuje amerykański "wskaźnik strachu" VIX, który po raz pierwszy od krachu w 1987 r. skończył sesję powyżej 50, a impulsem mogłaby być zaskakująca obniżka stóp procentowych w USA, prognozowana nawet przez Fed Fund Futures. Jednak łapanie dołka odradzam.