Rozpoczęta w maju fala spadkowa 27 lipca osiągnęła zasięg 27%, co jest średnią dla wszystkich impulsów spadkowych, począwszy od roku 2000. Poniżej osiągniętego wtedy poziomu (1027 pkt.) prawdopodobieństwo kontynuacji spadków jest niższe od 50% i spada jeszcze bardziej przy poziomach niższych, co oczywiście nie znaczy, że taka kontynuacja nie jest możliwa. Prawie siedmioprocentowe odreagowanie, które nastąpiło po osiągnięciu dna, było z pewnością wyrażeniem nadziei na zakończenie spadków. Na razie nie ma jednak podstaw do twierdzenia, że jest ono czymś więcej niż tylko krótką techniczną korektą, taką na przykład, jak na początku lipca albo przełomie lutego i marca. Świadczy o tym jej typowy rozmiar rzędu 6-8%.
Testowanie wspomnianego poziomu i ewentualne utworzenie drugiego dna może być przesłanką do trwalszego, większego niż kilka procent wzrostu. Racjonalniej jednak poczekać na taką sytuację i klarowne sygnały kupna niż działać już teraz, w warunkach większej niepewności. Sądząc po wczorajszych obrotach, wielu uczestników rynku ma właśnie podobne zdanie.
Trwa sezon publikacji wyników kwartalnych. Trzeba przyznać, że mimo trwającej w gospodarce stagnacji, poszczególne spółki nie zawodzą - może poza bankami, w tym jeszcze niedawnym liderem branży Pekao, ale też w ich przypadku oczekiwania i tak były słabe. Spora grupa małych i średnich spółek uzyskała bardzo dobre wyniki, między innymi dzięki poszerzeniu rynków eksportowych i aprecjacji euro.
W takiej sytuacji myślę, że druga część sierpnia będzie stała pod znakiem płaskiego, horyzontalnego rynku i selektywnej reakcji na publikowane raporty poszczególnych spółek.