Zarządzana przez Pana grupa portfeli agresywnych osiągnęła 11% zysku przez dwa pierwsze kwartały tego roku. To najwyższy wynik spośród firm typu asset management. W jaki sposób zarabia się tyle przy tak słabym rynku akcji?
Ten zysk to efekt ciężkiej pracy całego zespołu, polegającej na wyszukiwaniu firm, które mają coś ciekawego do zaproponowania. Głównym filarem naszej strategii jest wybieranie dobrych fundamentalnie spółek. Raczej nie zastanawiamy się, kto teraz będzie "modny" wśród inwestorów, a kto nie.
Nie wierzę jednak, że nie było w tym choćby odrobiny szczęścia. Czy wykorzystywał Pan timing, czyli zmianę stopnia zaangażowania w akcje w zależności od oceny koniunktury giełdowej z wykorzystaniem m.in. sygnałów analizy technicznej?
Odrobina szczęścia zawsze pomaga... W Grupie ING filozofia inwestowania nie opiera się na timingu, a raczej na rebalancingu, czyli dostosowaniu portfela po spadku lub wzroście cen akcji. Staramy się zarabiać głównie na doborze spółek. Porównujemy ich obecne wyceny i oczekiwany potencjał wzrostu. A z timingiem jest tak, że raz się trafia, a raz nie.
Na co Pan zatem stawiał w minionym półroczu?