Otwarcie gospodarki na kontakty z Zachodem i apetyt na kasę potrzebną do kreowania domniemanego cudu ekonomicznego sprawiły, że w osiem lat (1972-1980) zadłużenie zagraniczne wzrosło 24 (słownie: dwadzieścia cztery) razy! Proszę zapamiętać tę wielkość, by pod koniec tego felietonu przekonać się, że - choć czasy się zmieniały - to chęć do bicia rekordów zadłużania pozostaje naszą cechą narodową...
A wracając do historii - lata 80. można uznać za dekadę straconą - gospodarka staczała się na coraz dalszy margines rozwiniętego świata, a polski garb zadłużenia narastał, by - po krachu systemu w roku 1990 - osiągnąć absurdalny poziom niemal 49 mld USD. Zmiany polityczne i wysiłki dyplomatyczne umożliwiły restrukturyzację i około 50-proc. redukcję długów zagranicznych. Ciężar finansowania budżetu przejmowali z biegiem lat inwestorzy kupujący papiery skarbowe na naszym rynku.
Ale tak czy siak, zadłużenie zagraniczne to blisko 25 mld USD, czyli około 100 mld zł, co oznacza równowartość blisko14% ubiegłorocznego produktu krajowego brutto. Może nie robi to piorunującego wrażenia, ale w najbliższych latach (zwłaszcza od 2004 do 2008 roku) czeka nas kumulacja spłat starych długów zagranicznych. A przecież obsługiwać będzie trzeba także olbrzymi dług krajowy (wykup i odsetki od obligacji oraz wykup bonów skarbowych).
Te stare zobowiązania ograniczają więc możliwość radosnego zaciągania nowych zobowiązań na finansowanie rozmaitych koncepcji "ożywiania". Długi trzeba spłacać - ta prosta prawda zdaje się nie docierać wciąż do tych, którzy w budżecie widzą cudowny rezerwuar środków na radzenie sobie z załamaniem gospodarki.
Niestety, Polak nie uczy się na swoich błędach. Zadłużenie Skarbu Państwa w latach 1990-2001 wzrosło niemal sześciokrotnie. Bardziej na wyobraźnię działa jednak inna liczba - otóż zadłużenie krajowe eksplodowało w tym czasie z 7 do 185 mld zł, czyli DWADZIEŚCIA SZEŚĆ RAZY. Zmienia się więc struktura polskiego długu, ale problem wciąż pozostaje ten sam. Żyjemy na kredyt, którego spłata będzie wielkim obciążeniem dla budżetu i naszych kieszeni. Co gorsza, wydaje się, że kredyt ów nie finansuje inwestycji, ale służy podtrzymaniu konsumpcyjnej strony wydatków budżetowych. Jedynym wyjściem jest więc natychmiastowe włączenie hamulców blokujących spiralę narastania długu publicznego. Na co, w obecnej atmosferze polityczno-społecznej, szanse wydają się niepokojąco niewielkie.