Początek czwartkowych notowań za oceanem przyniósł dość ostrą przecenę. Kontynuacja rozpoczętych przed dwoma tygodniami spadków zbytnio nie dziwi, bowiem można ją było łatwo przewidzieć. I to niezależnie, czy analizujemy rynek od strony fundamentów, czy też patrzymy na niego przez pryzmat analizy technicznej.
Obecnie inwestorom ciężko jest znaleźć sensowny powód usprawiedliwiający kupna akcji. Ostatnie dane makroekonomiczne nie napawają optymizmem, wskazując na stagnację w gospodarce, co prawie na pewno zakończy się drugim uderzeniem recesji. Informacje docierające ze spółek też nie dają żadnych podstaw, by oczekiwać większych zysków w przyszłości (a sezon ostrzeżeń zbliża się wielkimi krokami). Nad rynkiem ciągle też wisi groźba konfliktu na Bliskim Wschodzie. Konfliktu, który niewątpliwie znajdzie swoje odzwierciedlenie we wzroście cen ropy, co dodatkowo pogrąży amerykańską gospodarkę. Należy również pamiętać o zbliżającej się rocznicy zamachów terrorystycznych z 11 września, co przynajmniej przez najbliższe 3 sesje będzie oddziaływać na psychikę inwestorów. Wobec tak poważnych zagrożeń, zakładanie czegoś innego jak spadków, jest myśleniem czysto życzeniowym.
Na spadkowy scenariusz wskazuje również analiza techniczna. Czołowe indeksy nieuchronnie zmierzają w kierunku lipcowych minimów (DJIA 7702 pkt.; S&P500 798 pkt.). Dopiero tam należy oczekiwać wzmożonej aktywności popytu, marzącego o utworzeniu średnioterminowej formacji podwójnego dna. Niestety, jak spojrzymy na wykresy z dłuższej perspektywy, to łatwo zauważyć, że nadzieje te są płonne. I poza jednotygodniowym odbiciem (bo odbicie będzie na pewno), na nic więcej nie można liczyć. Później znów królować będzie podaż, a spadki będą bardzo bolesne. Doskonale to opisuje duża głowa z ramionami z wykresu S&P500. Jako że formacja ta nie jest odosobnionym przypadkiem (podobne występują na wielu innych indeksach), to świadczyć może tylko o jednym - globalne rynki akcji czeka prawdziwe trzęsienie ziemi. Tym samym o szybkim zakończeniu bessy można zapomnieć.