Ministerstwo Finansów opowiedziało się ostatnio za większą kontrolą nad kursem walutowym. Choć bliższych szczegółów brak, to chodzi o utrzymywanie wartości złotego w określonych z góry przedziałach wahań. Jest to równoznaczne z kursem płynnym "sterowanym", bliskim europejskiemu mechanizmowi stosowanemu w Unii Europejskiej przed przystąpieniem do unii walutowej.
Narodowy Bank Polski szybko zareagował, broniąc kursu płynnego, który obowiązuje od kwietnia 2000 r. W istocie rzeczy pozycje obu instytucji są zbliżone: wszyscy się zgadzają, że Polska przyjmie euro jako pieniądz krajowy - wcześniej czy później. Istnieje również konsensus na jakąś formę kursu płynnego przynajmniej przez kilka następnych lat. W końcowym okresie, przed konwersją na euro, reżim walutowy będzie musiał być usztywniony tak czy inaczej. O co więc chodzi?
Chodzi o wybór kursu ostatecznej wymiany. Najwyraźniej Ministerstwo Finansów obawia się, że w okresie przed usztywnieniem złoty zdrożałby tak daleko, iż wymagałoby to sporej dewaluacji skokowej. Taka operacja zaś mogłaby przyczynić się do spekulacji i dużych wahań waluty. Tego na pewno nikt nie chce. W ostatecznym rozrachunku rząd chciałby zadowolić możliwie dużą część uczestników życia gospodarczego w kraju i za granicą. Przedstawiciele przemysłu, lobby rolnego, rządu czy banku centralnego zgłoszą własne preferencje, a może nawet własne obliczenia, na podstawie których właśnie ich kurs miałby być "właściwy". Ale już dziś wiadomo, że żadna magiczna wartość nie uszczęśliwi wszystkich. Wynika to z tego, że za każdą transakcją stoi co najmniej dwóch kontrahentów, a zmiana ceny (w transakcjach międzynarodowych wywołana zmianą kursu) ma odmienne skutki dla obu stron.
Przyjmijmy, że przed ostateczną wymianą Polska zdecyduje się na przyjęcie kursu niższego niż kurs rynkowy, czyli zdewaluuje nasz pieniądz. Tańszy złoty automatycznie podroży zagraniczne aktywa w rękach Polaków (np. nieruchomości), ale też zobowiązania (np. krajowe pożyczki w walutach obcych) oraz generalnie siłę nabywczą naszych dochodów. Jednocześnie krajowe aktywa (np. polskie firmy, ziemia), zobowiązania (obligacje złotowe emitowane przez firmy zagraniczne) oraz towary będą dla zagranicy tańsze.
Generalnie można przyjąć, że lobby przemysłowo-rolne będzie optować za stosunkowo niską ceną naszej waluty. Taki jednorazowy zastrzyk konkurencyjności będzie o tyle istotny, że można się spodziewać w przyszłości szybszego wzrostu wydajności w kraju niż za granicą. Szybszy przyrost produktywności polskiej pracy i kapitału w stosunku do zagranicy prowadzi do większego popytu na polskie aktywa (akcje, obligacje), a więc do nadwyżki po stronie finansowej bilansu płatniczego. W ostatecznym rozrachunku rośnie wartość złotego, przyczyniając się do niwelowania nierównowagi konkurencyjności. Natomiast po przyjęciu przez Polskę euro nadwyżka płatnicza przełoży się jedynie na wzrost aktywów rezerwowych banku centralnego. Aktywa zagraniczne to nic innego jak eksport kapitału, który finansuje rządy innych krajów poprzez zakup ich obligacji rządowych.