Nasz rynek przez większość piątkowej sesji nie odbiegał od światowych standardów marazmu. Trochę emocji wniosła jedynie końcówka sesji, która po raz trzeci w tym tygodniu zakończyła się dominacją sprzedających. Pamiętając, że sesję "rozpoczynają amatorzy, a kończą profesjonaliści", warto zastanowić się nad trwałością, jakby nie było ciągle obowiązującego, trendu wzrostowego.

Wydaje się, że potencjał wzrostu w okolice 1300 pkt. nie jest na razie wystarczającą zachętą dla funduszy, by przegonić czarne chmury zbierające się nad rynkiem. Negatywne dywergencje na części wskaźników lub ich dość spore wykupienie zwiastują przedłużenie korekty z ostatnich dni. Tym bardziej że podaż przejęła kontrolę w okolicach oporu wyznaczonego przez lukę bessy z końca czerwca (na indeksie pozostaje nie zamknięta), przyczyniając się tym samym do umocnienia oporu. Po nieudanym teście tego poziomu, została utworzona formacja głowy z ramionami, choć można mówić tutaj także o podwójnych szczytach. W takim wypadku wybicie pod lokalne minima (1227 pkt.) i towarzyszące jej zejście pod średnią kroczącą dałoby sygnał do pogłębienia korekty aż w okolice 1200 pkt. Biorąc pod uwagę długość trendu taka korekta nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyż od październikowego dołka zniosłaby zaledwie 23,6% wzrostu, a z listopadowej zwyżki zabrałaby 38,2%, czyli najczęściej spotykany zasięg korekty.

Walka z rosnącym rynkiem bywa czasem bardzo bolesna, ale jeśli do powyższych argumentów dodamy prawdopodobne formowanie szczytu przez Dow Jones i S&P500 (w okolicach sierpniowych wierzchołków), to dalszy wzrost do upragnionego 1300 pkt. byłby nagrodą nie tylko dla trzymających się trendu techników, ale w kolejnych tygodniach okazałby się zapewne także okazją dla niedźwiedzi.