Wczorajsza sesja przyniosła spadek WIG20 o 3,1%. To największa jednodniowa strata indeksu, od kiedy od początku października znajduje się on w średnioterminowym trendzie wzrostowym. Zamknięcie sesji na poziomie 1160 pkt. oznacza, że trend ten załamał się. Przede wszystkim nie wytrzymało wsparcie, wyznaczane przez szczyt z 4 listopada, co oznacza, że struktura wzrostów została naruszona. Po spadku indeksu poniżej lokalnego minimum z 11 grudnia na wykresie indeksu pojawiła się sekwencja coraz niżej położonych szczytów i dołków. To wyczerpuje definicję trendu spadkowego.
Na razie sprzedający osiągnęli przewagę jedynie w krótkim terminie. Indeks spada dopiero od dwóch tygodni. W tym czasie jego wartość obniżyła się o prawie 100 punktów. To sprawia, że ostatnie wydarzenia coraz trudniej określać jako korektę ostatniego ożywienia. Dlatego nie będę zdziwiony, jeśli w ramach tej fali spadkowej indeks ponownie znajdzie się na poziomie 1040 pkt. Wsparcie na tym poziomie wyznacza dolne ograniczenie tegorocznej konsolidacji. Tutaj już zaczyna się strefa wsparcia, związana z barierą 1 tys. pkt. Na razie trend średnioterminowy zmienił się na boczny. W najbliższych tygodniach sytuacja ta nie powinna ulec zmianie. Skoro nie daliśmy rady dojść do 1300 pkt. przed zakończeniem negocjacji z Unią Europejską, trudno przypuszczać, żeby udało się to teraz, kiedy nadszedł czas spokojnej analizy warunków przystąpienia i naszej przyszłości we wspólnej Europie.
Pisanie o kolejnych sygnałach sprzedaży płynących z analizy wskaźników jest stratą miejsca. Odnotuje tylko coraz szybciej spadający MACD, który jest najniżej od dwóch miesięcy. Ostatni spadek może mieć ciekawe reperkusje długoterminowe. Oto wykres WIG20 dotarł w ostatniej fali wzrostowej do długoterminowej linii trendu biorącej początek jeszcze w 2000 roku. Chwilowe wyjście indeksu ponad jej poziom można interpretować jako naruszenie oporu. Dodając to do faktu, że fala wzrostowa na razie była mniej więcej dwa razy słabsza od zeszłorocznej zwyżki, prowadzi to do bardzo ponurych wniosków. Dają się one streścić w trzech słowach: wracamy do bessy.