W Warszawie powinny być notowane akcje (lub ich substytuty) spółek-matek "naszych" firm, których inwestorami strategicznymi są czasem gigantyczne ponadnarodowe koncerny. Notowanie papierów spółek-córek może bowiem przynosić więcej szkód niż korzyści. Może się bowiem okazać, że polscy inwestorzy będą kupowali akcje bytów będących de facto centrami kosztów, skazanymi "z urzędu" na marne wyniki. Dla ponadnarodowych, globalnych grup przemysłowych i finansowych liczy się bowiem wynik grupy, tworzony często przez zręczne manipulowanie wynikami spółek-córek. W efekcie posiadacze akcji tych właśnie firm mogą się okazać naiwniakami, finansującymi dobrobyt akcjonariuszy spółek francuskich, niemieckich, czy włoskich.
Taki jest globalny biznes i nie ma się co obrażać. Menedżerom i właścicielom wielkich grup zależy na generowaniu zysku na poziomie grupy właśnie lub na transferze korzyści poprzez odpowiednią strukturę kosztów. Przykładem transferu kosztowego są wszelkiego rodzaju licencje, opłaty za korzystanie ze wspólnego brandu, import know-how, zatrudnianie "konsultatantów", zakup linii technologicznych od spółki-matki i inne tego typu operacje, które - całkiem słusznie - budzą często wiele podejrzeń akcjonariuszy spółki-córki. Wielkim wytrychem do dojenia spółek zależnych jest skądinąd często logiczny outsourcing, czyli zlecanie firmom zewnętrznym prac nie związanych z zasadniczym biznesem przedsiębiorstw. Nie ma bowiem nic prostszego jak zlecanie takich prac firmom z grupy spółki-matki. To sensowne z punktu widzenia grupy działanie jest zabójcze dla portfeli naiwnych posiadaczy akcji spółek-córek. Mogą bez końca czekać na profity, których być nie może, bo w strukturze grupy "ich" spółka jest tylko centrum kosztów. A grupa wcale nie ma żadnego interesu w wykazywaniu zysku tej jednostki. Co za tym idzie marzenia o dywidendach czy znaczącym wzroście kursu akcji takiej firmy są bezpodstawne.
Receptą na uniknięcie takiego scenariusza jest notowanie na warszawskim parkiecie akcji spółek--matek zamiast niby-walorów ich córek. Akcji lub mitycznych już PDR-ów (Polskich Kwitów Depozytowych, zamienników akcji spółek zagranicznych). Korporacje globalne nie mają w tym żadnego interesu, bo Polska - przy całej naszej wrodzonej megalomanii - to prowincja gospodarczego świata, ale interes w tym mamy my, nasza giełda i nasz rynek kapitałowy. Myślę także, że notowanie papierów zagranicznych może skusić arbitrażystów, wykorzystujących czasem nawet drobne różnice w wycenie tych samych papierów na różnych rynkach do zarabiania pieniędzy. To mogłoby nakręcać płynność i pozwolić na dotarcie z wiadomością, że giełda w Warszawie w ogóle istnieje.
Truizmy? Jeśli tak, to dlaczego do dzisiaj nie mamy żadnej tego typu spółki na naszym parkiecie? Gdzie wszystkie opowieści sprzed lat, np. o Plivie, której akcje miały być notowane w Warszawie? Gdzie realizacja pomysłów zamiany niepłynnych papierów skupowanych przez inwestorów strategicznych na akcje spółek-matek? Gdzie te wszystkie papierowe obietnice?
Powyższy tekst jest wyłącznie