Okręt był, żeglarze byli, zabrakło, niestety, steru. Powiązania polskich spółek z amerykańskimi korporacjami są znikome, ale wpływ zmian indeksów w USA wydaje się dla polskich inwestorów ważniejszy, niż jakakolwiek informacja z rodzimego rynku. Efektem wczorajszego amerykańskiego święta była trwająca całą sesję stabilizacja na bardzo niskich obrotach. Nie wnosi to nic nowego do obrazu rynku.
Przyszłą koniunkturę już lepiej sugeruje publikacja wskaźnika Pengab, który po raz kolejny spadł, notując przy tym najniższy poziom w 10--letniej historii pomiarów klimatu gospodarczego w bankach. Najciekawsze jednak w tej ankiecie są prognozy giełdowej koniunktury. Wzrost popytu na akcje przewiduje 4-krotnie więcej placówek, niż tych prognozujących spadek. Saldo prognozy zmalało wprawdzie z 26 do 23 punktów, ale dalej są to rekordowo wysokie poziomy. Przy takim optymizmie (i spadku produkcji przemysłowej) będziemy wkraczać w hossę? Do tej pory było zupełnie odwrotnie.
Zresztą równie duży optymizm utrzymuje się też na rynku amerykańskim. Popularny "wskaźnik strachu" VIX spadł w zeszłym tygodniu do wartości z końca listopada. Amerykańskie indeksy właśnie wtedy formowały ostatnie szczyty. Z kolei liczba niedźwiedzi w ankiecie Investor's Intelligence znów osiągnęła 50%. Widać więc, że większe wzrosty wywoła już chyba tylko złapanie Saddama lub bin Ladena. Byki mają wprawdzie nadzieję, że nowa seria wyników amerykańskich gigantów (w czasie naszej sesji m.in. Citigroup, Ford) pomoże światowym rynkom w dokończeniu efektu stycznia. Po ostatnich reakcjach wszystko jednak wskazuje na to, że nawet najwięksi optymiści stracili ochotę posiadania akcji za 17 miliardów dolarów (wartość akcji z Nasdaq100), które w sumie nie zarobiły ostatnio nawet jednego centa.