Inwestorzy w końcu przestali słuchać analityków i przypomnieli sobie, że wartość spółek determinuje zysk danej firmy, a nie czyjaś opinia o tym zysku. To bolesne prawo ekonomii potwierdzało się do tej pory jedynie w długim terminie.

W obecnym sezonie wyników nie wystarcza już regularne przekraczanie prognoz przygotowanych przez analityków. Rynek przestał też chwilowo reagować na rekomendacje kupna, a nawet na tak ograny sposób wywołania wzrostów, jak zapewnienia o szybkiej wojnie. Powód, niestety, ciągle ten sam - przewartościowanie spółek. Pewnie dla byków jest to zbyt błahy argument do spadków, ale w zupełności wystarcza, by ostatnio pozbywać się akcji. Do czasu gdy te nie będą godziwie wyceniane, wszystkie wzrosty będą musiały być oparte na wątpliwych prognozach rzekomego dynamicznego ożywienia i zwycięstwa w Iraku.

Niezbyt to trwałe zachęty do kupna, ale czy musi to oznaczać dalszą przecenę naszego rynku? Na pewno przebicie linii trendu przekreśla możliwość wyrysowania byczej formacji trójkąta zwyżkującego, a więc o szybkiej hossie nie ma co marzyć. Jednak mimo tak pesymistycznych ostatnich sesji, nie liczyłbym na razie na głębsze spadki. Linia szyi formacji podwójnego szczytu (1150 pkt.) pozostaje nietknięta, a do tego wspomaga ją wsparcie (1135 pkt.), utworzone przez dołki z końcówki roku. Ten poziom powinien zatrzymać spadki i umożliwić jakieś odbicie. Sygnalizują to także wskaźniki. Inertia osiągnęła poziom, który w trzech ostatnich przypadkach (wrzesień, listopad, grudzień) wyznaczał dołek przed wzrostami przekraczającymi 100 pkt. Analogicznie zachowuje się RSI, tworząc do tego pozytywne dywergencje. Mimo ciągle niedźwiedzich perspektyw w długim terminie, takie wyprzedanie skłaniałoby do szukania dołka najpóźniej w strefie 1135-50 pkt.