Naszemu superdokładnemu i superrzetelnemu Ministerstwu Finansów znowu coś nie wyszło. Tym razem urzędnicy resortu pomylili się w broszurze dołączanej do PIT-ów. Poszło o ulgi edukacyjne - urzędnikom pomyliły się rozporządzenia.
To, że Ministerstwo Finansów ma ciągoty do popełniania kolejnych błędów, nie jest niczym nowym. W końcu urzędnik też człowiek i nie zawsze jest w stanie spamiętać wszystkie przepisy wymyślane przez kolegów z innych departamentów, a przecież wiadomo, że posłowie też dokładają swoje. Tymczasem od ludzi, którzy zadają pytania w stylu "Gdzie się podziały pieniądze z deficytu budżetowego?", za wiele wymagać się nie da.
Mało tego - prawie nikogo nie dziwi, że resort finansów odwołał w mediach te bzdury, które jego urzędnicy powypisywali w broszurze, a na zakończenie dodał łaskawie, że nie będzie karał podatników za własne błędy.
Dziwi mnie, że resort, który popełnił błąd, nawet nie pofatygował się, by wydelegować urzędnika, który powie podatnikom zwykłe "przepraszam". W urzędzie, gdzie pracują dziesiątki tysięcy ludzi, chyba jest ktoś, kto nauczył się tego słowa i umie je poprawnie wyartykułować. Choćby w internetowym radiu Ministerstwa Finansów, które - tak, za twoje pieniądze podatniku - uruchomiono w resorcie.
Szczerze mówiąc, obejdzie się bez słowa "przepraszam". Tylko dlaczego podatnik ma wykonywać teraz dwa razy tę samą robotę i składać nowe, poprawione zeznanie? Urzędnicy fiskusa stwierdzili bowiem, że nieważne, co było w broszurze, podatek musi być w "należnej wysokości"? Innymi słowy - nie ma znaczenia, jakie bzdury wypisujemy i jakie byki z tego powodu znajdują się w zeznaniu podatkowym, bo kasa ma płynąć szerokim strumieniem. Poza tym budżet ma swoje potrzeby, a z kar, nakładanych na podatników, wypłaca się premie urzędnikom.