Reklama

Na rynku kapitałowym nie będzie więcej wolności

Bardzo trudno będzie zaistnieć na rynku kapitałowym niezależnym firmom, trudniącym się zarządzaniem pieniędzmi, mimo że na rynku walutowym takie firmy istnieją i osiągają całkiem niezłe wyniki. Tak w największym skrócie można podsumować debatę, na temat liberalizacji usług doradczych na rynku kapitałowym.

Publikacja: 26.02.2003 08:31

Choć strona niezależna (osoby działające poza dużymi firmami i instytucjami rynku kapitałowego) miała gotowe propozycje, jakim ograniczeniom mieliby podlegać zarządzający pieniędzmi bez licencji (lub z licencjami, ale poza strukturami domów maklerskich), przewodniczący KPWiG Jacek Socha pozostał nieugięty. Zgodnie z jego zapewnieniami, przyjmowane właśnie w Unii Europejskiej dyrektywy koncesjonują usługi zarządzania pieniędzmi na rynku kapitałowym. Zdaniem praktyków, R. Egginka i M. Panka, małe firmy trudniące się zarządzaniem nie miałyby szans na przetrwanie, ze względu na wysokie koszty i silną konkurencję na rynku tego rodzaju usług. Organizatorem dyskusji był Parkiet, a gospodarzem Giełda Papierów Wartościowych.

Za rok wejdziemy do Unii Europejskiej, piszemy nową ustawę o publicznym obrocie. To dobra pora, żeby zastanowić się, czy regulacje dotyczące usług maklerskich i doradczych powinny wyglądać tak samo, jak do tej pory. Dlaczego w Polsce istnieje mocno wyregulowany rynek kapitałowy, z licencjonowanymi usługami maklerskimi i doradczymi, i jednocześnie rynek walutowy, gdzie nie ma praktycznie żadnych regulacji?

Jacek Socha: Porównanie rynku kapitałowego z walutowym jest tylko na pozór logiczne. To są zupełnie inne rynki i dlatego obowiązują na nich odmienne regulacje. Tam, gdzie pojawiają się instrumenty finansowe, również pojawiają się regulacje i zasady obrotu. Tak jest niemal na całym świecie. Idąc tym tokiem rozumowania, że jeśli nie jest regulowany obrót na rynku walutowym, nie powinien być także regulowany obrót papierami wartościowymi, można by stwierdzić, iż cały świat się myli.

Maria Dobrowolska: Specyfika rynku walutowego i rynku papierów wartościowych jest zupełnie inna. Na rynku walutowym do podejmowania decyzji nie są wymagane tak szczegółowe informacje. Te informacje, które są potrzebne, są ogólnodostępne. Instrumenty rynku kapitałowego są o wiele bardziej zróżnicowane (np. akcje, obligacje, derywaty) i dlatego wymagają szczególnej wiedzy, szczególnego pośrednictwa w obrocie nimi i szczególnego nadzoru.

Raimondo Eggink: Nie jest prawdą, że rynek walutowy nie jest regulowany. Przecież nawet na prowadzenie kantoru trzeba zezwolenia NBP. Do niedawna funkcjonowały licencje dla banków dewizowych.

Reklama
Reklama

Krzysztof Grabowski: Chciałbym zaznaczyć, że rynek walutowy jest ściśle regulowany. Proszę zwrócić uwagę, jak są wyznaczane kursy na giełdzie - to jest rzeczywista gra rynkowa. Tymczasem na rynku walutowym to NBP wyznacza codziennie kursy.

Mirosław Panek: Trochę zboczyliśmy z tematu. Przypuszczam, że chodziło tutaj o zastanowienie się, dlaczego w różnych segmentach szeroko rozumianego rynku usług finansowych mamy do czynienia z różnym poziomem regulacji. Są obszary bardzo ściśle nadzorowane i takie, które można klasyfikować jako strefę nieprzejrzystą, żeby nie powiedzieć szarą.

Grzegorz Zalewski: Proponuję spojrzeć na to z pozycji klienta, który chce powierzyć swoje pieniądze specjalistom. W tej chwili może je powierzyć firmom zarządzającym pieniędzmi lub funduszom powierniczym - ta działka jest bardzo mocno regulowana. Z drugiej strony, klient może zanieść pieniądze do firm działających na rynku walutowym, których kilka już powstało i zdaje się, że w tym roku powstanie jeszcze wiele. Zaczynają się w Polsce pojawiać także zagraniczne firmy foreksowe. Oczywiście, istnieje tutaj pewne zagrożenie, bo były przynajmniej dwie firmy na rynku walutowym, które okazały się "krzakami", ale, oprócz bezpieczeństwa, klienta interesują jeszcze stopy zwrotu z kapitału.

Mirosław Panek: Jeśli - tak jak Pan wspomniał - klient jest zainteresowany stopą zwrotu, to rzeczywiście nie ma powodów, żeby rozróżniać firmy. Jaka będzie stopa zwrotu w przyszłości, nikt nie wie, a jeśli mówi, że wie, to najczęściej mówi nieprawdę. Jeżeli klienci rzeczywiście koncentrują się na stopie zwrotu, to można im pokazać wyniki historyczne lub snuć prognozy. Tak naprawdę różnica między firmami licencjonowanymi a nielicencjonowanymi polega na tym, co Pan usłyszy, kiedy po pytaniu o stopę zwrotu, zapyta się o ryzyko. Firmy licencjonowane i nadzorowane są w stanie na podstawie swoich procedur i doświadczenia o wiele bezpieczniej zarządzać pieniędzmi. Co na pytanie o bezpieczeństwo odpowiadają firmy bez licencji, nie wiem.

Jacek Socha: Chciałbym zadać pytanie, skąd się wzięła potrzeba dyskutowania na temat zarządzania przez osoby nie posiadające licencji? To oznaczałoby, że są jakieś problemy z dostępem do profesjonalnego zarządzania na rynku kapitałowym, że nie ma licencjonowanych doradców inwestycyjnych, że nie ma na rynku kapitałowym instytucji, które oferują klientom określone produkty. Wreszcie, że nie ma funduszy inwestycyjnych otwartych, funduszy inwestycyjnych zamkniętych. Rozumiem, że istnieje problem niedorozwoju szeroko pojętych usług zarządzania pieniędzmi na rynku papierów wartościowych. W związku z tym dochodzicie Państwo do wniosku, że barierą tego rozwoju są licencje. A więc może gdybyśmy, zliberalizowali ten segment, to mówiąc kolokwialnie, wiele osób w Polsce przyszłoby na rynek z pieniędzmi i wszyscy byliby szczęśliwi. Można odnieść wrażenie, że uważacie Państwo, iż istnieje w Polsce grono ludzi, którzy ten proces hamują. Przypomnę tylko jedną rzecz - w Unii wchodzi właśnie dyrektywa, która licencjonuje zarządzanie. My chcemy dyskutować o czymś, co już jest zdecydowane!

Marek Wierzbowski: Nadzór nad rynkiem walutowym ma na celu ochronę interesów państwa i powstrzymanie wypływu dewiz z kraju. Kontrola na rynku kapitałowym ma chronić inwestorów. To są zupełnie inne cele. Nawiązując do tego co powiedział Pan Jacek Socha - wszyscy czują sytuację na rynku kapitałowym i szukają przyczyn i sposobów jej poprawy. Na ogół liberalizacja sprzyjała rozwojowi rynku. Przy czym my dyskutujemy o liberalizacji wymagań wobec obsługi inwestora, a nie warunków działania samego inwestora. Na rynku potrzebny jest przede wszystkim inwestor, obsługa jest rzeczą wtórną. W tym wypadku liberalizacja może nie przynieść żadnych efektów.

Reklama
Reklama

Krzysztof Grabowski: Chciałbym się odnieść do tego, co mówił Pan Grzegorz Zalewski na temat firm działających na rynku walutowym, które podobno dają klientowi gwarancję określonych stóp zwrotu. Na rynku papierów wartościowych nie wolno udzielać gwarancji zysku. To jest wbrew zasadom etyki zawodowej. Być może rzeczywiście firmy, które pozostały na rynku walutowym są rzetelne, ale ile po drodze było firm fatalnych. Jakiś czas temu dostałem telefon z propozycją pośrednictwa w inwestycji na rynku walutowym. Odmówiłem, a kilka miesięcy później przeczytałem, że ta firma po prostu ukradła pieniądze klientów. Na rynku papierów wartościowych to jest po prostu niemożliwe.

Grzegorz Zalewski: Nie występują takie zjawiska?

Krzysztof Grabowski: Występują, ale nie w takiej skali. Po pierwsze, firma, która chce uzyskać koncesję, musi przejść solidny sprawdzian, a po drugie jest na bieżąco kontrolowana.

Chciałbym wrócić na chwilę do powodów, które skłoniły nas do zorganizowania tej dyskusji. To, co powiedział Pan Jacek Socha, utwierdza mnie w przekonaniu, że jest rozdźwięk między rynkiem oficjalnym a rynkiem "niezależnym". Uważam, że istnieje pewne ograniczenie w dostępności do usług zarządzania pieniędzmi. Są klienci o niezbyt zasobnych portfelach, którzy chcieliby czegoś więcej niż inwestycji w fundusz, a nie są w stanie spełnić wymagań kapitałowych, stawianych przez firmy zarządzające pieniędzmi.

Raimondo Eggink: Do niedawna prowadziłem firmę zarządzającą aktywami, byliśmy na rynku przez cztery lata. W momencie kiedy wchodziliśmy na rynek określiliśmy próg, od jakiego przyjmowaliśmy pieniądze w zarządzanie, na 1 mln zł. To zostało wówczas okrzyknięte jako wysoki próg. Otóż, bardzo stanowczo mogę powiedzieć, że zarządzanie portfelem papierów wartościowych poniżej tego progu się nie opłaca. Klienci z mniejszymi portfelami albo będą musieli ponosić niebotycznie wysokie koszty, albo trzeba ich przekonać do inwestycji w fundusze.

Grzegorz Zalewski: Mogę zapytać, dlaczego się nie opłaca zarządzać mniejszymi portfelami niż 1 mln zł?

Reklama
Reklama

Raimondo Eggink: Bo to kosztuje. Doradca inwestycyjny musi się z klientem spotkać, raz, dwa razy do roku, przedyskutować strategię, zjeść z nim obiad. To wszystko kosztuje.

Grzegorz Zalewski: A jakie są koszty uruchomienia takiej działalności?

Raimondo Eggink: Wysokie.

Grzegorz Zalewski: Czy to nie jest częściowo odpowiedź na pytanie, dlaczego opłaca się zarządzać tylko dużymi portfelami. Po za tym chyba niewiele osób może sobie pozwolić na uruchomienie takiej działalności. W Polsce to chyba nikt poza bankami.

Raimondo Eggink: Wymóg kapitałowy to nie jest przeszkoda. 1,5 mln zł - tyle jest wart dom mój i mojego kolegi. We dwóch możemy założyć firmę zarządzającą. Tylko że to nie wystarczy. To jest za mało na rozkręcenie tej działalności. Powtórzę jeszcze raz - ograniczeniem nie jest próg kapitałowy, wyznaczany przez ustawodawcę, ale rynek. W zarządzaniu jest bardzo duża konkurencja. Żeby przetrwać, trzeba mieć dużo pieniędzy. Zbierając od klientów po 100 tys. zł, do niczego się nie dojdzie.

Reklama
Reklama

Grzegorz Zalewski: Ta konkurencja nie jest chyba znowu tak duża. Nie słychać w Polsce, żeby była firma zarządzająca pieniędzmi, która regularnie zarabia dla swoich klientów pieniądze.

Raimondo Eggink: Mamy na rynku bessę. Trudno oczekiwać, żeby firmy zarządzające dały klientom satysfakcjonujące wyniki, kiedy trend długoterminowy jest spadkowy. Klienci jak jest hossa, chcieliby mieć akcje, a jak rynek spada, to przychodzą z pretensją, że nie zarobiliśmy na inflację.

Jacek Socha: Może to nie zostało wprost powiedziane, ale ja tutaj usłyszałem fałszywą tezę. Otóż, assety tracą, a gdyby na rynku pojawili się nielicencjonowani zarządzający, to oni nawet na bessie by zarabiali.

Grzegorz Zalewski: Wcale tak nie twierdzę. Powiedzmy, że regularnie dobre wyniki osiąga 10% zarządzających. Skoro teraz jest kilkanaście firm zarządzających, to taką "regularną" pewnie mamy jedną. Gdyby obniżyć wymóg kapitałowy, powiedzmy, do 500 tys. zł i dwóch doradców na rynku, efekt skali spowodowałby, że takich firm regularnie zarabiających byłoby więcej. Z czasem na rynku pozostaliby najlepsi.

Mirosław Panek: Efekt skali spowodowałby, że proporcjonalnie wciąż byłoby tyle samo lepszych i gorszych. Dobrych firm na rynku jest więcej, bo nie tylko moja firma radzi sobie nieźle. Przynosimy klientom zyski, które wynikają z sytuacji na rynku i wybranych przez nich strategii. W sumie klienci są zadowoleni z naszych usług. Wracając jeszcze do bariery 1 mln zł. Ktoś, kto już działa w dużej skali, może dołączać do swoich aktywów nawet portfele po 100 tys. zł. Kto jednak dopiero zaczyna działalność i przyjmuje po 100 tys. zł, to może odpowiedniej kwoty nie uzbierać.

Reklama
Reklama

Marek Wierzbowski: Istnieje coś takiego, jak nieformalny rynek zarządzania pieniędzmi. Są to pełnomocnictwa, których właściciele rachunków udzielają innym osobom, żeby te grały na ich rachunek. Często wyniki są opłakane, za czym kryje się bądź to nieudolność, bądź oszustwo. Te sytuacje najczęściej dotyczą małych portfeli, które daje się w zarządzanie znajomym. Ponieważ wszystko odbywa się poza prawem, w razie kłopotów nie ma żadnych szans odzyskania pieniędzy. Z tego nieformalnego zarządzania korzystają najczęściej osoby, które ze względu na wysokie progi nie były w stanie skorzystać z usług asset management. To zjawisko w dalszym ciągu zresztą istnieje.

Krzysztof Grabowski: Ale przecież ten, kto nie ma dostatecznie dużych środków, w dalszym ciągu może skorzystać z usług funduszy. To też przecież jest zarządzanie pieniędzmi. Wprawdzie na jednym dużym rachunku, ale taka jest naturalna kolej rzeczy - tylko ten, kto ma więcej pieniędzy, może liczyć na indywidualną obsługę, jaką oferują firmy asset managemeJacek Socha: W nowym prawie o publicznym obrocie umożliwimy funduszom inwestycyjnym, oprócz zarządzania wspólnymi środkami klientów, także prowadzenie indywidualnych rachunków. Firmy asset management w takiej formie jak obecnie nie będą już funkcjonować, tylko przekształcą się w fundusze inwestycyjne. Być może to rozwiązanie pozwoli na stworzenie nowych produktów, które zagospodarują klientów teraz "zawieszonych" między assetami w obecnej formie, a funduszami inwestycyjnymi.

Maria Dobrowolska: Istotne jest to, co mówił Pan Marek Wierzbowski o często nieudolnym nieformalnym zarządzaniu. W firmach licencjonowanych taka nieudolność nie zdarza się często. Tylko zapewnienie niezbędnych regulacji pozwala taką sytuację wykryć i właśnie dlatego możemy czasami przeczytać o tym w prasie. Jeśli przestaniemy koncesjonować usługi zarządzania, firm-krzaków pojawi się więcej.

Padło tutaj wiele argumentów przeciw liberalizacji usług zarządzania pieniędzmi. Można wywnioskować, że zmian w tym zakresie nie będzie. Jak natomiast widzą Państwo szansę na uwolnienie usług doradczych w zakresie analiz i rekomendacji. Czy człowiek bez licencji będzie mógł otrzymać pieniądze za udzielenie, nazwijmy to, porady inwestycyjnej?

Jacek Socha: Jest pod Tarnowem jakaś pani Wanda. Świetnie leczy wrzody. Pod Wrocławiem jest natomiast jakaś pani Maria, świetna na żylaki. Czy to oznacza, że mamy zrezygnować z chodzenia do lekarza.

Reklama
Reklama

Jeśli nie ufam lekarzowi, bo wiem, że się nie zna, to pójdę do pani Marii wyleczyć żylaki. Ale przede wszystkim chcę mieć wybór.

Jacek Socha: Pan Marek Wierzbowski wyraźnie powiedział, jak ktoś może działać, jeśli chce zarządzać czyimś rachunkiem bez licencji. Do tego wystarczy mieć pełnomocnictwo. I taka jest możliwość działania, ale gwarantuję, że prędzej czy później skończy się to w sądzie. My tutaj dyskutujemy o zorganizowanym rynku. Na nim też, oczywiście, zdarzają się maklerzy czy nawet doradcy, którzy są nieuczciwi, ale liczba przestępstw jest znikoma w stosunku do liczby transakcji.

Grzegorz Zalewski: Chyba się trochę rozmijamy, jeśli chodzi o pewien wątek. Ja jestem potencjalnie zainteresowany prowadzeniem swojej firmy zarządzającej pieniędzmi, ale nie chcę wchodzić w struktury wielkiej instytucji. Problem jest w kosztach uruchomienia takiej działalności. W Polsce praktycznie nie ma segmentu małych i średnich firm zarządzających, których działalność byłaby ograniczona jak w Stanach Zjednoczonych np. do 20 osób czy 200 tys. dolarów.

Marek Wierzbowski: Nasz rynek powstał i rozwinął się m.in. dzięki dość ścisłej ochronie praw inwestorów. Oczywiście, na pewnym etapie rozwoju liberalizacja może pomóc, ale trzeba zastanowić się, jak daleko ta liberalizacja może się posunąć. Zupełna rezygnacja z licencji jest niemożliwa, bo natychmiast pojawiłoby się stado oszustów, którzy zaczęliby wyprowadzać z rynku pieniądze. Jeśli ktoś na świecie wykonuje działalność doradczą, to jest to działalność licencjonowana i monitorowana. Można jednak zastanowić się, jak osobie, która dopiero wchodzi na rynek, ułatwić start, tak żeby mogło tę działalność na przykład wykonywać w domu, a jednocześnie, żeby pieniądze klientów były bezpieczne.

Krzysztof Grabowski: Z przebiegu dyskusji można by wnioskować, że jesteśmy przeciw liberalizacji. Nie jest to prawda. Jesteśmy tylko przeciw puszczeniu tego na żywioł, bo to jest groźne, niebezpieczne. Nie chodzi przecież o to, żeby dokonać liberalizacji dla liberalizacji, tylko żeby poprawić dostępność usług finansowych.

Grzegorz Zalewski: Padło tutaj stwierdzenie, że nie wiadomo, czy znajdą się na rynku klienci. Otóż, ja mam takich klientów powiedzmy, że na łączną kwotę 1 mln zł. Taką kwotę ludzie są mi w stanie powierzyć. Ja nie zaryzykuję dla tych pieniędzy 2 mln zł, bo tyle będzie mnie kosztowało uruchomienie działalności. Wyobrażam sobie, że rozwój takiej działalności mógłby wyglądać tak: biorę od ludzi nie więcej niż po 100 czy 200 tys. zł, właśnie ze względu na gwarancje bezpieczeństwa, i dopiero jak okażę się skuteczny, biorę większe kwoty. Jednocześnie bardzo chętnie godzę się na nadzór KPWiG.

Krzysztof Grabowski: Mówi Pan, że nie zaryzykuje swoich 2 mln, żeby wziąć od kogoś 1 milion. A czy będzie Pan w stanie dać 1 milion komuś, kto w razie straty może oddać tylko 10 tys. zł?

Grzegorz Zalewski: Jest kilka osób, którym zaryzykowałby powierzenie takich pieniędzy.

Raimondo Eggink: Operujemy pewnymi mitami. Pan Grzegorz mówi, że ma klientów na 1 mln zł. Tymczasem koszty są olbrzymie i to nie dlatego, że są jakieś opłaty, tylko dlatego, że taki jest rynek. Ile Pan zarobi na tym 1 mln zł?

Grzegorz Zalewski: Powiedzmy, że 100% w ciągu roku.

Maria Dobrowolska: Pan przewidział w swoim biznesplanie tylko wersję optymistyczną. To znaczy, bierze Pan 1 mln zł w zarządzanie i zarabia 100%. A co się stanie, jeśli ten scenariusz się nie powiedzie? Jeśli nie osiągnie Pan zysku, tylko poniesie straty. Jak Pan zrekompensuje stratę swoim klientom? Jak klienci będą dochodzić swoich roszczeń?

Grzegorz Zalewski: Umawiając się z klientem na prowadzenie portfela, określam również co się dzieje, kiedy portfel tarci na wartości. Jeśli umawiam się z klientem, że przy 40-proc. stracie kończymy biznes i on ten warunek świadomie akceptuje, to jest to w porządku.

Maria Dobrowolska: To jest Dziki Zachód!

Proszę powiedzieć, a czy jak oddam pieniądze w zarządzanie licencjonowanej firmie i ona straci 50%, to ja te pieniądze odzyskam?

Maria Dobrowolska: Jeśli Pan udowodni, że wina była po stronie firmy, to dostanie Pan pieniądze z powrotem.

Marek Wierzbowski: Takie sprawy już się zdarzały i to wygrane przez klientów. Jak firmy zobaczyły argumentację, to pękły i płaciły.

Mirosław Panek: Słuchając dyskusji, dochodzę do wniosku, że jedną z jej przyczyn jest kurczący się rynek pracy. Teraz w naszej firmie mamy 10 razy więcej aktywów i o połowę mniej pracowników niż 4 lata temu, gdy do niej przychodziłem. I to jest trend, który trwa. Problemem nie jest zatem ilość alternatyw inwestycyjnych dla klientów, tylko grono ludzi bez pracy, którzy stracili ją nie dlatego, że byli słabi, ale dlatego, że ktoś w szerokim świecie podjął decyzję o cięciu kosztów.

Jacek Socha: Żeby nie było wątpliwości, przypomnę, że zarządzanie pieniędzmi wymaga w tej chwili kapitału na poziomie 4 mln zł i ten wymóg w nowej ustawie zostanie zachowany. Żeby jako dom maklerski dostać licencję na doradztwo w zakresie publicznego obrotu, potrzeba tylko 250 tys. zł. Nie ma możliwości, żeby to robiła osoba fizyczna.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Polscy maklerzy i doradcy zaraz po otrzymaniu licencji zostali rzuceni na głęboką wodę. Praktycznie nie było takiej ścieżki kariery: od prywatnego inwestowania, poprzez małą firmę, do domu maklerskiego. I obecne regulacje w dalszym ciągu taką drogę kariery zamykają.

Maria Dobrowolska: Podobnie jak Pan, żałuję, że to nie przebiegało w ten sposób, ale historia naszego rynku liczy sobie 12, a nie 100 lat. Po prostu nie było na to czasu. Były zresztą wcześniej możliwości tworzenia biur maklerskich przez osoby fizyczne pod postacią np. spółki cywilnej, ale te rozwiązania zostały z rynku wyparte. Te biura zostały przejęte, ale przekształciły się w inne formy organizacyjne, głównie ze względu na ryzyko.

Kieruję pytanie do osób, które próbują samodzielnie działać na rynku. Zakładając, że możliwa byłaby liberalizacja, to jaki musiałby być jej zakres, żeby można było się utrzymać z rynku?

Kamil Jaros: Przede wszystkim chciałbym odnieść się do podkreślanej wielokrotnie kapitałochłonności zarządzania. Mnie się wydaje, że choćby poprzez specjalizację, koszty te można znacznie ograniczyć. Moja strategia pozwala wykluczyć z obserwacji większość notowanych na giełdzie dwustu kili ponosił z tego tytułu jakiekolwiek koszty. Uważam, że dobrym rozwiązaniem byłoby to, o czym wspominał Grzegorz, czyli zarządzanie pieniędzmi do określonej kwoty, np. 1 mln zł. To funkcjonuje w tej chwili w szarej strefie. Zarządza się pieniędzmi na podstawie wspomnianych już pełnomocnictw czy różnego rodzaju pożyczek.

Raimondo Eggink: Ale 1 mln zł to jest nic. To jest zarządzanie portfelem cioci.

Grzegorz Zalewski: W porządku. Chcielibyśmy tylko, żeby to zostało usankcjonowane, żebym mógł założyć firmę Zalewski & Ciocia i zarządzać pieniędzmi.

Raimondo Eggink: To proszę wziąć tych, którzy chcą Panu dać pieniądze, do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i grać kapitałem na giełdzie.

Grzegorz Zalewski: Za duże koszty.

Raimondo Eggink: Ale wszędzie są koszty. Jeśli osoba fizyczna prowadzi działalność, to też ma koszty. Myślenie kosztuje.

Mirosław Panek: Spróbujmy to policzyć. Ile od tego 1 mln zł możemy wziąć opłaty? 2 góra 3%. To jest 20-30 tys. zł rocznie. Czy to wystarczy choćby na opłacenie różnych rachunków i druków?

Raimondo Eggink: Sam terminal Reutersa kosztuje więcej!

Artur Dembny: Nim przeniosłem się do sektora energetycznego, miałem okazję pracować na rynku kapitałowym. Może w Warszawie tego nie widać, ale na prowincji jest dostrzegalne ubożenie społeczeństwa. Duże pieniądze koncentrują się w rękach wąskiej grupy osób i te osoby korzystać będą z usług dużych instytucji. Ale część ludzi nie jest stanie przeskoczyć wymagań kapitałowych, stawianych przez assety, a chciałaby być na rynku. Być może część z nich nie chce skorzystać z usług funduszy inwestycyjnych. Czy Komisja ma jakiś pomysł na zagospodarowanie tych klientów?

Jacek Socha: Odnoszę wrażenie, że to jest kolejne podejście do tego samego tematu. Użył Pan takiego deterministycznego stwierdzenia: "Nie chcą skorzystać z usług funduszy" A ja zapytam dlaczego?

Artur Dembny: Powód tak naprawdę nie ma znaczenia, to jest święte prawo rynku. Powiedzmy, że mu się firma nie podoba.

Obracamy się cały czas wokół zarządzania pieniędzmi. Mnie nurtuje pytanie, związane z rekomendacjami. Dlaczego można wydawać rekomendacje, nie pobierając za to opłaty, i to nie narusza niczyich interesów, natomiast zabronione jest wydawanie płatnych rekomendacji bez licencji?

Krzysztof Grabowski: Jeśli Pan chce rozdawać rekomendacje to proszę bardzo, ale jeśli Pan chce za to brać pieniądze, czyli po prostu sprzedawać towar, to musi Pan ponosić jakąś odpowiedzialność.

Kamil Jaros: A czy mogę zarządzać na podstawie pełnomocnictw na wielu rachunkach?

Krzysztof Grabowski: Za darmo? Tak.

Raimondo Eggink: Kiedy idziemy ulicą i ktoś wciska nam jakiś produkt, to wiemy, że nie możemy się po tym produkcie wiele spodziewać. Jak za coś płacimy, to już mamy prawo czegoś wymagać.

Marek Wierzbowski: Te najtańsze produkty musiałyby być skierowane do inwestorów mających najmniejsze kapitały, najbardziej naiwnych. Z tego co wiem, to na całym świecie właśnie ta grupa jest najsilniej chroniona. To właśnie m.in. dlatego, żeby założyć bank, trzeba spełnić tak wiele warunków. Przecież gdybyśmy zdecydowali się na pełną liberalizację, to zaraz mielibyśmy grono oszukanych, którzy domagaliby się rekompensaty od państwa.

Maria Dobrowolska: Do wejścia do Unii zostało trochę ponad rok. Kiedy do niej wejdziemy, będziemy musieli przyjąć regulacje, zgodnie z którymi usługi zarządzania są koncesjonowane. Nawet jeśli zdecydowalibyśmy się na proponowaną liberalizację, to zmiana ustawy zabrała co najmniej 6 miesięcy. Zatem na działanie mielibyście Panowie ok. 6 miesięcy.

Kończąc naszą dyskusję, chciałbym prosić Pana Jacka Sochę o krótką odpowiedź na pytanie, jak będą wyglądały regulacje prawne po wejściu do Unii Europejskiej. Czy zostanie utrzymany ich dotychczasowy poziom, czy też możemy liczyć na bardziej liberalne podejście?

Jacek Socha: Usługi finansowe są w Unii Europejskiej koncesjonowane. Tutaj nic nie możemy

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama