Wczorajsza przecena nie była wynikiem tylko rozpadu koalicji. Nawet jeśli to właśnie przestraszona zagranica uciekała z naszego rynku (na co wskazuje skala spadku i struktura obrotu największych spółek), to była to raczej decyzja dotycząca wszystkich wschodzących rynków, a nie nasza lokalna słabość.
Warto zerknąć na rynek węgierski. Tam w pewnym momencie niemal paniczna przecena sprowadziła indeks poniżej wzrostowej linii trendu, poprowadzonej przez dołki z ostatnich dwóch lat. Ten indeks często jest wyrocznią dla naszego parkietu, więc to wzmagało przecenę polskich akcji. Niestety, nie zdążyliśmy już zareagować na obronę tej linii na zamknięcie węgierskiej sesji. Dobrze jednak widać, że testowanie analogicznej linii na polskim indeksie nie byłoby niczym nadzwyczajnym - okolice 1055 pkt.
Ten potencjał spadku nie koniecznie musi przekładać się na kontrakty. Oczywiście do czasu przejścia linii trendu spadkowego i średniej kroczącej (patrz wykres wyżej) kupno w tym momencie pozostaje łapaniem dołka, ale w mojej ocenie do tego przesilenia niewiele już zostało (absolutnie nie oznacza to końca bessy). Kontrakty będą przekonane, że indeks nie jest w stanie pokonać wspomnianej linii trendu (dolnego ramienia trójkąta), wzmocnionej jeszcze przez zeszłoroczne dołki. Nigdy nie było na giełdzie nic pewnego, a w czasie bessy określanie momentu zwrotu rynku jest bardzo ryzykowne, ale ewentualna kontynuacja przeceny zapewne przekręci bazę na trwałe plusy. Jedno tylko niepokoi i dodatkowo powstrzymuje przed kupnem. Z reguły na koniec jest mała panika. Może przedwczesna zaskakująca wojna z Irakiem? W poniedziałek rozpoczął się nów Księżyca, który był zawsze momentem rozpoczęcia wojny. Następny dopiero w kwietniu.