Są dwie szkoły pisania o rynku. Można napisać, co się na rynku samemu zrobi lub też co rynek najprawdopodobniej w najbliższych dniach może zrobić. Niby dla czytającego nie powinno być żadnej różnicy, bo przecież nikt nie inwestuje wbrew swoim poglądom. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że każdy polski inwestor "zna" przebieg najbliższych 50 sesji. To taki nasz narodowy analityczny przywilej. Pozostaje jednak pytanie, czy nasze poglądy zawsze muszą znajdować odbicie w obecności na rynku? Sztuką nie jest pozostawać nieomylnym, ale pozostawać bez pozycji, gdy możemy się pomylić.
Jak łatwo o błąd na tak rozchwianych rynkach pokazały dwie ostatnie sesje na europejskich parkietach. Niezależnie, czy ktoś liczy na nadchodzące wyimaginowane ożywienie, obniżkę cen ropy, czy też kolejne skandale księgowe i dalszą bessę, to jednego dnia stracił 5% na głównych indeksach, by następnego dnia wszystko z nawiązką nadrobić.
Przy takim zachowaniu rynku nie ma sensu czegokolwiek prognozować, a trzeba jedynie reagować. Wszystko oczywiście da się po fakcie wytłumaczyć, jeśli nie wydarzeniami politycznymi, to danymi makro, ale kto dokładnie obserwuje rynek przez ostatnie tygodnie, ten dobrze wie, że reakcja graczy na analogiczne wydarzenia jest każdego dnia diametralnie różna. Wracając więc do początkowego wątku, obecne prognozowanie zachowania rynku jest bardziej sportem niż dochodowym zajęciem. Jednak dla ciekawskich powtórzę, że nastawiony jestem do rynku dalej optymistycznie i odniósłbym to teraz także do rynków zagranicznych. Mam jednak świadomość, że każdy optymizm złamać może jedna polityczna decyzja, obojętnie czy związana z Irakiem, czy też polskim piekiełkiem. Jak mawia jeden znajomy - "Raczej nie należy przeprowadzać głębszej analizy - tylko pykać".